niedziela, 5 lutego 2017

Wyprawa do Birmy - Yangon

Na podróż do Birmy zdecydowałam się dosyć spontanicznie. Wiedziałam, że nie chcę święta Tet spędzać w Sajgonie, bo żal byłoby nie dowiedzieć jakiegoś nowego miejsca, jak jest aż tydzień wolnego. Niedosyt co do Birmy miałam, odkąd mieszkałam w Sangkhlaburi - bo był tylko rzut beretem stamtąd, parę razy nawet przeszłam przez granicę, ale nigdy nic ciekawego nie widziałam. No i udało się. Wolne, w miarę niedrogie bilety - kupiłam więc!


Potem wiza - tu już było trudniej, bo umyśliłam sobie aplikować z Wietnamu, a nie o wizę elektroniczną (bo ponad dwukrotnie taniej było). Dla turysty jest ponoć łatwo, dla mieszkańca niekoniecznie. Musiałam dostarczyć kupę dokumentów (włącznie z listem od szefa mego, w którym potwierdził on, kim jestem i po co do Birmy się wybieram!). Po 3 tygodniach udało się - wiza elegancko wbita w paszporcie.


No i przyszedł czas! Przed samym wyjazdem serdecznie mi się odechciało. Powiedziałam koledze opiekującemu się kotami złą datę wyjazdu i spowodowałam zamieszanie. Musiałam więc jechać z nimi do niego już po drodze na lotnisko. To oznaczało konieczność wstania wczas. Ale udało się. Koty na miejscu, ja na lotnisku, a tam - SAJGON w Sajgonie. 10 osób przechodziło przez odprawę około 40 minut. Podczas święta Tet jak widać wszystko działa na zwolnionych obrotach! Myślałam, że sobie flaki wypruję. Lot oczywiście był opóźniony. Ale w końcu wszystko się udało i już na pokładzie otworzyłam browarka i zaczęłam się cieszyć na myśl o nadchodzącej przygodzie.


Po wylądowaniu pierwszym zaskoczeniem była wykładzina na lotnisku (takie jak dawno, dawno temu w polskich domach się kładło!) Następnym - birmański hajs. Wymieniłam 250$ i dostałam taką oto kupę szmalu. Sama nie wiedziałam, co z tym robić i gdzie to schować. Najlepiej byłoby rozrzucić po łóżku i się w nich tarzać, ale musiałam jeszcze dotrzeć do hotelu!


Zdecydowałam się na pociąg. Mogłabym wziąć taksówkę, ale pociąg opisany był jako atrakcja turystyczna w Yangon, postanowiłam więc zacząć zwiedzanie od samego początku. Do stacji miałam gdzieś ze 2km, poszłam zatem na nogach. I już po kilkuset metrach od lotniska zobaczyłam to wszystko, co przypomniało mi Sangkhlaburi. Maleńkie stragany. Restauracyjki. Kobiety z twarzami wymalowanymi thanaką. Mężczyzn o czerwonych zębach i ustach (żujących betel i nim plujących). Wtedy zdałam sobie sprawę jak wiele z Birmy było w mojej tajskiej wsi.


Na pociąg nie czekałam nawet długo. Nadjechał zaraz po tym, jak przyszłam na stację i poczyniłam mały rekonesans. Wnętrze pociągu było szalone. Na suficie wiatraki. Brak drzwi i okien. A w środku dosłownie wszystko, jak widać na zdjęciach. Stoisko z żarciem chyba rozbroiło mnie najbardziej. Jechałam około godziny wystawiając głowę przez okno i coraz bardziej mi się podobało. Bez problemu nawet rozpoznałam swoją stację. Stamtąd do hotelu był już tylko kawałeczek, przypadkiem przeszłam po drodze przez buddyjski klasztor.

Sule Pagoda

Szybko się zorganizowałam i od razu wyruszyłam zwiedzać. Najpierw musiałam oczywiście zeżreć, pierwsze lepsze uliczne stoisko okazało się mieć przepyszne jadło (i do tego jeszcze śmiesznie tanie). Potem przebrnęłam przez Chinatown (gdzie również obchodzono Lunarny Nowy Rok) i dotarłam do Sule Pagoda. Przy wejściu pani z kasy biletowej przyglądała się mojemu tatuażowi na ramieniu. Z rozpędu pokazałam jej także te na nogach (myślałam, że jest zwyczajnie ciekawa, ale chyba sprawdzała, czy nie mam wytatuowanego Buddy...). 

Sule Pagoda

W świątyni niestety spotkała mnie niemiła przygoda. Mężczyzna udający byłego mnicha próbował wymuszać kasę na jego (prawdopodobnie udawaną) organizację charytatywną. Kiedy odmówiłam odszedł obruszony zaczepiać innych. Co ciekawe - mojego ostatniego dnia w Bagan rozmawiałam z turystą, który też nadział się na tego samego naciągacza...

Pomnik Niepodległości

Po obejrzeniu świątyni przeszłam przez park, gdzie odbywało się wydarzenie związane z wyborami Miss Universe (nie wiem, czy głosowali, czy oglądali - był tłum, więc szybko ominęłam to). Zerknęłam na Pomnik Niepodległości i raźnym krokiem udałam się do portu, bo zbliżał się zachód słońca. Po drodze mijałam całe mnóstwo stoisk z żarciem (2 zdjęcia u góry posta - tak, to ścisłe centrum Yangon!). Gdy dotarłam ujrzałam chaotyczne kłębowisko ludzi i łodzi.


Znalazłam jednak swoje miłe miejsce do obejrzenia zachodu słońca. Potem zobaczyłam jeszcze tylko jedną świątynie i ruszyłam z powrotem do hotelu. Gdy zapada zmrok niespecjalnie jest co robić w Birmie. Wszystko nagle zamiera. 

pusty port - moje miejsce do obserwacji zachodu

Moje pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Uśmiechnięci ludzie. Dobre jedzenie. I taki... spokój. Właściwie nie widziałam turystów. Nawet korki na ulicy były o wiele, wiele spokojniejsze niż w Sajgonie (w Yangon motocykle są zakazane, może ich używać tylko policja - może dlatego?).


Z radością czekałam na kolejny dzień, żeby zobaczyć więcej i więcej...

4 komentarze:

  1. ależ ja ci zazdroszczę tej różnorodności, tych wypraw i przygód :)

    ... czekam na kolejne wpisy ;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Postaram się je zamieszczać szybko, póki wspomnienia i emocje jeszcze żywe :)

      Usuń
  2. Pięknie! Wspaniałe zdjecia i wyjątkowo ciekawy pomnik :) Również czekam na kolejne wpisy, bo powoli zabieram się za planowanie mojej podróży do Birmy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Służę radą, sama popełniłam kilka błędów podczas planowania mojej, także chętnie pomogę!:)

      Usuń