środa, 8 lutego 2017

Yangon

Drugiego dnia w Yangon moim celem było obejrzenie świątyni Shwendagon. Bardzo daleko tam nie miałam, a że jak zaobserwowałam - wszystkie samochody stały w korku, to postanowiłam przejść się pieszo. Drugi dzień z rzędu nie mieściło mi się w głowie, że tak wielkie azjatyckie miasto (ponad 7 mln mieszkańców, Sajgon ma o milion więcej jedynie!) może być tak mało chaotyczne. W HCMC w życiu nie wybrałabym się na spacer bez drżenia o życie i rozstroju nerwowego po 10 minutach.


Shwendagon Pagoda jest widoczna z daleka, dzięki czemu bezproblemowo do niej trafiłam. Przy wejściu na jej teren trzeba tradycyjnie zzuć buty, a następnie przejść przez kontrolę - jak na lotnisku. Torby jadą przez RTG, a ludzie sprawdzani są wykrywaczem metalu. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam w buddyjskiej świątyni.

na wejściu wita nas Fortfiter

Sama pagoda robi duże wrażenie. Obawiałam się tłumu ludzi, ale teren jest tak ogromny, że bez problemu w spokoju można wszystko obejrzeć i nawet znaleźć chwilę tylko dla siebie. Liczne wystawy, posągi, stupy, dzwony i mnóstwo innych rzeczy sprawiły, że łaziłam po Shwendagon przez prawie 2 godziny. I pewnie łaziłabym jeszcze dłużej, ale zwyczajnie zgłodniałam.


Znalazłam pierwsze lepsze stoisko ze street foodem i tu znów zaskoczenie - za średniej wielkości posiłek zapłaciłam około... złotówki.  Po napełnieniu brzusia szczęśliwa udałam się do Parku Kandawgyi. Jest tam bardzo wiele mostów prowadzących przez jezioro. Chyba cały park można obejść drewnianymi mostami. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to to, że one są strasznie dziurawe. Deski trzeszczą pod stopami i trzeba zwracać uwagę, jak się lezie, bo można się wpakować w dziurę (jakby się tak zastanowić... chodniki w całym Yangon są równie "dobrej" jakości).


Ta drobna niedogodność jednak nie przeszkadza zbyt wiele, kiedy przestaniemy bezustannie patrzyć na pułapki pod nogami. Widoki są obłędne. Nawet pogoda mi dopisywała, co jest niespotykaną rzadkością, jak ja coś zwiedzam. Ukontentowana znalazłam bar i zdecydowałam się popraktykować "utepils". Czyli przez jakiś czas delektowałam się browarkiem i pięknym widokiem.


Obeszłam jeszcze trochę parku, ale nie miałam zbyt wiele czasu. Pani w hotelu poradziła mi, że aby zdążyć na autobus do Inle Lake powinnam wyruszyć taksówką... 3 godziny wcześniej (21km do przejechania!). Wydawało mi się to dziwaczne, ale wolałam jej usłuchać. Niespiesznym krokiem podreptałam więc w stronę mojego hotelu, gdzie zostawiłam plecak. Po drodze po raz kolejny rozdziawiałam japę ze zdziwienia, bo Yangon wyglądał naprawdę jak takie duże Sangkhla! 


Kiedy dotarłam do hotelu szczęśliwie znalazłam kompana do dzielenia taksówki. Jechał autobusem, który odjeżdżał 30 min później niż mój. Droga nie zajęła nam 3h. Jedyne... 1.5h. Ale i tak była to najwolniejsza podróż samochodem, jaką kiedykolwiek odbyłam.  Średnia prędkość to 14km/h. Jak się tak zastanowić, to ludzie w takim czasie półmaraton przebiegają... 
O, i co jeszcze! W Birmie obowiązuje ruch prawostronny. I kierownice w samochodach są z prawej strony. Wszystko na opak! Skutkuje to tym, że kierowcy gówno widzą, jak jadą. Może stąd te korki i zawrotne prędkości?

 nawet korek w Yangon jakiś taki spokojny...

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wpakowała się w kłopoty. Po dojechaniu na stację autobusów znalazłam przewoźnika i upewniłam się, o której godzinie mam być na miejscu i jaki jest numer mojego autobusu. Powiedziano mi - 19.30. O 19.10 zjawiłam się tam ponownie - autobusu ni ma. A widziałam, gdzie stał wcześniej. Zapytałam więc obsługi stacji, a poddenerwowany pan zaczął mnie ciągnąć w stronę drogi, krzyczeć po swojemu i machać rękami. Pobiegłam więc za nim. Przebiliśmy się przez korek na jednej ulicy i zaczęliśmy biec po równie zakorkowanej autostradzie. Mój autobus odjechał sobie bezczelnie w cholerę przed czasem! Ale dogoniliśmy. Pan autobusowy przeszedł do niego bezceremonialnie między autami, prowadząc mnie za sobą, zapukał w szybę i cóż... nikogo to nie zdziwiło. Weszłam, usiadłam (moje miejsce opchnięto komuś innemu, dostałam za to 2 wolne z przodu!)... I myślałam, że to koniec przebojów z transportem do Inle Lake. 
Ale oczywiście nie był to koniec! To był dopiero początek birmańskich przebojów transportowo-noclegowych... 

4 komentarze:

  1. Pięknie pięknie pięknie! Nie myślałam, że Yangon jest aż taki duży! Powinnyśmy przestać oglądać Twoje zdjęcia, bo hardo podjęłyśmy decyzję, że tym razem jedziemy do Indonezji, a Birma tak kusi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też chcę do Indonezji. A chyba dopiero pod koniec roku się wybiorę. To możemy się wzajemnie torturować zdjęciami :D!
      Ale w kwietniu mam lot przez Pekin i mam 2 dni tam,a po czytaniu Waszego bloga obawiam się, że jak tylko wylezę z lotniska, to mnie okradną :D!

      Usuń
  2. Aniu kocham Twoje opowieści, a zdjęcia robisz mega! Zazdroszczę bardzo, z Azji byłam tylko w Malezji, Kambodży, Tajlandii i na Filipinach, a bardzo chciałabym więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo!:) mnie jeszcze na Filipinach nie było, a też bym bardzo chciała. Jak widzę zdjęcia, to mam straszną ochotę jechać tam.

      Usuń