piątek, 10 marca 2017

Codzienność w Sangkhlaburi

Jak toczy się życie z dala od miast, w otoczonej górami, przygranicznej tajskiej wiosce? Jak się nauczyć do niego dostosować, a wreszcie zupełnie w nie wsiąknąć i pokochać. Czym różni się taka codzienność od tej dobrze nam znanej? 
Dla mnie myśl o życiu w takim miejscu przedstawiała się  w połowie jak raj, w połowie jak ogromne wyzwanie. I tak w istocie było.


Życie toczy się w Sangkhlaburi swoim własnym rytmem. Ludzie we wsi się znają. Gdziekolwiek się nie pójdzie widać przyjazne twarze. Bardzo łatwo i szybko się je zapamiętuje. Co mnie najbardziej zdziwiło na początku - mało kto dzwoni i zapowiada się z wizytą, czy też pyta o różne rzeczy. Łatwiej po prostu wsiąść na skuter, podjechać do celu i porozmawiać twarzą w twarz. To mi się bardzo podobało. Niczym dziwnym było wejście na czyjąś posesję i poczekanie aż gospodarz się zjawi, jeśli akurat go nie było. Przypomniało mi to trochę czasy, kiedy jeszcze nie było telefonów. Teraz już nie uświadczy się takich niezapowiedzianych wizyt.


W każdy czwartek na terenie jednej ze świątyń odbywał się wielki targ. Nieważne, że co tydzień było sprzedawane tam to samo i że te same rzeczy od tych samych sprzedawców można było kupić na straganach na "głównej" ulicy (miała nr. 1) codziennie rano i wieczorem. Targ był wydarzeniem towarzyskim i atrakcją we wsi, więc wszyscy tam chodzili. Kiedy skończyła się pora deszczowa organizacyjny był także w piątki wieczorem tzn. "night market". To już w ogóle była kolosalna uciecha. Zamykano ulice, wszędzie pojawiały się budki z żarciem, a na środku skrzyżowania organizowano występy. Jeśli ktoś pomijał rynek czwartkowy, to tego już na pewno nie opuszczał.


Jadałam prawie zawsze w tych samych miejscach. Wiele ich nie było tak, czy inaczej. Mam wrażenie, że zjadłam wszystko, co Sangkhlaburi miało do zaoferowania. Ale oczywiście poza strawą są jeszcze napitki, bo nie mając zbyt wielkiego wyboru - cóż innego robić po pracy, jak nie nażreć się, a potem iść do baru wieczorem? Bary były dwa, ale jeden - Blue Rock cieszył się szczególnym zainteresowaniem. Można tam było spotkać całą populację białasów (jak i również Tajów, ale nie aż tylu;) przebywających w Sangkhlaburi. Szczególnie rzuciło mi się to w oczy po trzęsieniu ziemi. Kiedy na samym początku mojego pobytu w Sangkhla mieliśmy trzęsienie o sile 4.9 stopni (i oczywiście zero wiadomości o tym, co się właściwie stało) udałam się właśnie do tegoż baru. Kto chciałby siedzieć sam w chałupie, w strachu, bez żadnych informacji? Mam wrażenie, że połowa mieszkańców Sangkhla wpadła na ten sam pomysł, bo ludzie wręcz nie mieścili się w środku. Gdyby bar się wtedy zawalił, to zginęłyby bez wątpienia wszystkie okoliczne falangi.


W owym barze zaprzyjaźniłam się z barmanem i jego dziewczyną. Często siedziałam za ladą i polewałam gościom drinki. Znałam w ten sposób wszystkie plotki i wioskowe dramaty. A jako, że społeczność malutka, to każdy o każdym gadał. Ileż nawet o sobie się dowiedziałam, to głowa mała!
Snułam nawet plany, aby tam zostać jako barmanka po zakończeniu pracy w bagienku. Sporo przesiadywałam również w miejscowym studiu tatuażu. To miejsce lubiłam jeszcze bardziej niż bar. No i jakbym mogła zapomnieć o aptece. Somchai, miejscowy aptekarz był człowiekiem bardzo, bardzo kochanym i pomocnym. Choć wiele nie mówił po angielsku często zapraszał mnie (i kogokolwiek miałam ochotę ze sobą zabrać) na kolacje. Odbywały się one właśnie w aptece.


Do domu wracałam w zasadzie tylko na prysznic i spanie (tutaj mała dygresja - byłam jednym z nielicznych szczęśliwców posiadających ciepły prysznic; pralki natomiast nie miał prawie nikt i pranie gdzie popadło nie wydawało mi się to dziwne dopóki nie przeprowadziłam się do Wietnamu, gdzie w mieszkaniu ujrzałam normalną, działającą pralkę). Innymi rozrywkami było również łażenie nad jezioro po pracy i kąpanie się (wzorem Tajów - w ubraniu) i jeżdżenie na motorku po okolicy. Jak nie było prądu (a zdarzało się to często), gdy zapadał zmrok lubiłam położyć się na środku drogi i oglądać gwiazdy. Przy zupełnej ciemności w promieniu wielu kilometrów niebo było widać tak pięknie, jak nigdy. Zorientowałam się też, że gwiazdy są w innej pozycji, niż to pamiętam z Europy. I wtedy myślałam sobie, że jestem na drugim końcu świata...


Jeśli człowiek chciał odwiedzić konkretny sklep, trzeba było wybrać się do Kanchanaburi - 220km dalej. Jeśli jeden z mieszkańców jechał tam, robił zakupy dla wszystkich znajomych. Jako, że ja miałam dostęp do vana i często musiałam robić zaopatrzenie do roboty, to właśnie ja przywoziłam zakupy do wioski. Największe zapasy zawsze były do baru. Raz kiedy chodziłam po sklepie w Kanchanaburi zadzwonił znajomy z drugiego baru, aby zrobić mu duże zapasy... papieru toaletowego. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego on mnie prosi o wielką paczkę 64 rolek, skoro sobie mógł we wsi kupić (papier akurat był dostępny). Potem okazało sobie, że we wsi nie ma opakowań tak dużych, a on umyślił sobie, że zrobi sobie z tego podusię.... 


Ze sporym rozrzewnieniem piszę to wszystko. Życie w Sangkhla bardzo mnie zmieniło. Kiedyś wszystko dla mnie musiało chodzić, jak w szwajcarskim zegarku. W Tajlandii zrozumiałam, że życie to nie kierat, w którym trzeba zasuwać dookoła bez chwili przystanku. Nauczyłam cieszyć ze zwykłej codzienności, czerpać z niej pełnymi garściami. Radować się drobnostkami. Mając niewiele mieć o wiele więcej, niż kiedykolwiek wcześniej...

10 komentarzy:

  1. o tak, małe wioski uczą dostrzegania małych szczęść :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taka lekcja prawdziwego, pięknego życia :)

      Usuń
  2. To brzmi tak,,, sielankowo :) Czasem tęskni mi się za taką sielskością, niezapowiedzianymi wizytami itp. :) Niestety, w Szwajcarii wszystko z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, to jest tak bardzo inne życie :) choć muszę powiedzieć, że Szwajcarii i tak mi brakuje nieco :)

      Usuń
  3. Hej, bardzo lubię czytać blogi Polaków mieszkających w różnych miejscach świata. Masz bardzo ładny styl, więc czytanie sprawia samą przyjemność. A do tego jeszcze to o czym piszesz! Już spędziłam godzinę wyszukując posty, dziękuję więc za świetną lekturę na poniedziałkowy poranek. Czekam na kolejne wpisy i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że mój blog Ci się podoba:)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  4. Uwielbiam takie historie. Samo się czytało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało :):)

      Usuń
  5. Sielsko, anielsko... najbardziej zwróciłam uwagę na tę historię z przepełnionym barem po trzęsieniu ziemi. Taka naturalna, prosta potrzeba bliskości w obliczu zagrożenia. Pięknie, że się w tym świecie odnalazłaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tam tak naprawdę się odnalazłam i poznałam.
      A ten wieczór w barze na długo mi w pamięci pozostanie...

      Usuń