czwartek, 23 marca 2017

Granica: Tajlandia - Birma

Przeprowadzając się do Sangkhlaburi wiedziałam, że leży ono niedaleko birmańskiej granicy. Nie wiedziałam, że jest to jedyne ~20 kilometrów. Że większa część kultury, jaką poznam i jaką brać będę za tajską tam będzie w dużej mierze birmańska. I że przekonam się o tym co nprawdę było tajskie, a co birmańskie dopiero zwiedzając Birmę jak należy (a nie tylko szwendając się po strefie przygranicznej) półtora roku później. 
Poza wynikającą z bliskości Birmy mieszanką kulturową, pokarmową (tajskie żarcie zajmuje szczególne miejsce w mym sercu, ale birmańskie też niczego sobie - i znów, póki nie wyjechałam zwiedzać innych miejsc w Tajlandii, gdzie birmańskich potraw nie było, myślałam, że to wszystko jest tajskie), ogromną ilością uchodźców (szczególnie dzieci), dla których to działały w okolicach Sangkhla różne organizacje charytatywne, zamieszkami i problemami na granicy (w "gorących" momentach, jak wybory wszędzie było pełno armii, żeby w razie czego je tłumić, wcześniej zdarzały się strzelaniny na przejściu granicznym), było jeszcze jedno - strefa bezcłowa. 

Three Pagodas Pass

 Jak usłyszałam, że można zaopatrzyć się tam w nieziemsko tanie piwko i inne różne wiktuały to oczywiście musiałam jechać - już, teraz, zaraz. Jako, że przy wizycie w Kanchanaburi jechałam vanem, to postanowiłam po drodze odwiedzić granicę nadrabiając ponad 120km. A tam co? Nic. Odwiedziłam niewłaściwe przejście graniczne! Sklepy były po stronie birmańskiej, a żeby przejść musiałabym wykorzystać jedno z moich "wejść" na wizie. Miałam ją wówczas tylko trzykrotnego wjazdu. Rozeźlona więc odwiedziłam buddyjską świątynię, która była zamknięta i pojechałam z powrotem. Ban Phu Nam Ron odwiedziłam jeszcze dwukrotnie, na tzw. Visa Run. Pierwszym razem było przerażająco, bo by dostać się do urzędu imigracyjnego w Birmie samochód swój, czy motor trzeba pozostawić na stronie tajskiej i skorzystać z przewoźnika. Jechałam sama, w rozklekotanym birmańskim minivanie z kierowcą nie mówiącym ni po angielsku, ni po tajsku przez bezdroża i zastanawiałam się, co tu właściwie się odbywa i gdzie owy pan mnie wiezie. Nic się jednak nie odbywało, to normalne, jak się okazało. Za drugim razem miałam przygodę z kapciem złapanym w dżungli.

Świątynia na granicy - Ban Phu Nam Ron

No ale - gdzie ta właściwa strefa bezcłowa z rajskimi cenami? W końcu dowiedziałam się, że bliziutko Sangkhla. 20 minutek na motorze i ze 3 punkty kontroli celnej po drodze. Jako, że planowałam grube zapasy, to wybraliśmy się z moim ówczesnym amantem na tę granicę vanem. Po drodze złapała nas sroga burza. Hulała tak, że ledwie dało się jechać. Na miejscu przebiegliśmy tylko szybko z samochodu do najbliższego zadaszonego miejsca, którym była jadłodajnia. Mnie to wielce ucieszyło, bo w oczekiwaniu na poprawę pogody postanowiłam żreć. Absztyfikant niestety nie mógł, bo jako, że był wegetarianinem, a mówiąc ani po tajski, ani po birmańsku nie mógł wytłumaczyć pani z knajpy, że nie chce żadnego dziwnego mięcha pałętającego w zupie. No więc ja żrąc, a on nieszczęśliwy siedzieliśmy tam z godzinę.

Songkalia - po drodze na granicę

Knajpa była konstrukcji metalowego garażu, a burza naprawdę harda, więc wszystko aż się trzęsło, huczało, niczym w piekle - było trochę strasznie. Jak już minęło, to dojrzałam (przedstawione na pierwszym zdjęciu) pagody. To od nich wzięła się nazwa przejścia. Byłam dosyć mocno rozczarowana, bo każdy mówił o nich, jakby to było nie wiadomo co, a to takie pierdółki jedynie. No ale ważne było piwo. Zakupiliśmy 4 kraty niszczącego, 8% belgijskiego browara i heja do vana. Zdziwiłam się kiedy amant począł nakrywać je bambusowym dywanikiem. Zdziwiło mnie po cóż on to robi, ale wyjaśnił, że nie wolno nam takich ilości piwska wywozić ze strefy bezcłowej. No ładnie! Gdybym wiedziała, to w życiu bym tyle nie nabrała, ale cóż było robić? W ulewie na szczęście celnicy się pochowali i nie w głowie im było zaglądać, czy w samochodach nie ma uchodźców (bo było regularną praktyką). Dostałam jednak nauczkę na przyszłość, żeby nie kupować, ile oczy widzą.


Od tamtego czasu, szczególnie po zakończeniu pory deszczowej bywałam na granicy często. Głownie po zapasy do baru. Pomagałam też wykańczać znajomym nowy bar, który właśnie na Przełęczy Trzech Pagód miał się znaleźć (i w którym nawet chciałam pracować, co się jednak nigdy nie stało). Ale tylko raz spotkała mnie niemiła przygoda, kiedy to z kolegą z pracy Samem pojechaliśmy tam we dwójkę na zdezelowanym skuterku z pracy. Gdzieś po 15km zaczął się zachowywać, jakby chciał zamienić się w królika i skakać. Próbowaliśmy coś z tym zrobić sama, ale nic nie pomogło. Zdecydowaliśmy się, że trzeba wracać. Toczyliśmy się bardzo, bardzo powoli. Niestety to nie był koniec problemów, bo z 5km od Sangkhla złapaliśmy gumę. Zgoniłam więc kolegę ze skuterka i pojechałam wolniutko do wsi, do mechanika sama, jako ta lżejsza. On biedny musiał zasuwać na nogach. 

 Jaskinia Khao Sawan Bandan

Po drodze na granicę poza punktami celnymi i miłymi dla oka widokami znajdowały się jeszcze dwie atrakcje. Pierwszą z nich była rzeka Songkalia. Sielankowe miejsce, gdzie można było zatrzymać się na chwilę, zalegnąć w bambusowej chatce i popijając browarka moczyć nogi w wodzie. Niektórzy nawet tam pływali, ale ja się nie skusiłam nigdy. Przyjeżdżałam tylko wyluzować się i odpocząć. Tam spędziłam również piękne święto Loy Krathong.
Drugim miejscem wartym uwagi była jaskinia. Tą znaleźć było trudno, odwiedziłam ją tylko raz. Warto było, bo poza ładnymi formacjami skalnymi, stalaktytami i innymi cudami i oczywiście rzeźbami Buddy była też wisienka na torcie. Dzieciaki przedstawione na zdjęciu oprowadzały nas po jaskini. Jak zwykle nie lubię dzieci ani trochę i staram się od nich trzymać jak najdalej, tak te berbecie były po prostu fajne.


Żadne z tych miejsc, że tak powiem - dupy nie urywa. Chociaż w okolicy są powszechnie znane. Bo w sumie nic innego tam nie ma, więc każdy zna najmniejszą nawet atrakcję. Ale dla mnie to wszystko co coś więcej, niż atrakcja do odwiedzenia w Sangkhla. To część mojego życia tam i masa ciekawych wspomnień. Dlatego też chętnie do tego wracam.

4 komentarze:

  1. E tam - dupy nie urywa. Miejsce na końcu świata, w którym można się poczuć odkrywcą, a nie jednym z miliarda turystów - to już jest warte wiele :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to właśnie chodzi - nie urywa, bo to nie jest coś co Ci odbierze mowę, ale kocham te miejsca, jak swoje własne :)

      Usuń
  2. Wpisy z jajem są na wagę złota. "Dupy nie urywa" ha ha
    Coś we wpisie się kicło. 2x to samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu i za komentarz i za spostrzegawczość!:* Poprawiałam wpis, żeby więcej zdjęć wrzucić i widocznie źle zapisałam. Poprawione już:)

      Usuń