środa, 29 marca 2017

Kanchanaburi

Nigdy nie wspominałam zbyt wiele o Kanchanaburi, chociaż miejsce to było ważne dla mnie, kiedy mieszkałam w Tajlandii. 220km od Sangkhla, pierwsze duże miasto "w pobliżu". Jeździłam tam dosyć często, bo właśnie w Kanchanaburi kupowałam zaopatrzenie do pracy. Kojarzy mi się więc głównie z zakupami. I z żarciem. Obżerałam się tam nieziemsko, bo w Sangkhla po pewnym czasie wszystko już było wypróbowane. Na samym początku, gdy jeszcze mieszkałam w Bagnie jeżdżąc tam cieszyłam się na ciepły prysznic i na klimę. 
Jak tak pomyślę - Kanchanaburi to były dla mnie takie miasto, jak Katowice za czasów dziecięco-nastoletnich. Tam było WSZYSTKO, czego człowiek potrzebował.


Miałam swój ulubiony hotelik, w którym zawsze spałam. Pani na recepcji zawsze się cieszyła na mój przyjazd. I ja się cieszyłam będąc tam, bo było blisko do strategicznych punktów. Wieczorami często spacerowałam nad rzekę Kwai. Tak, tę ze słynnym mostem. Przejechałam się nawet Koleją Śmierci z Kanchanaburi do Bangkoku. Nie jestem wielką fanką pociągów, ale to było całkiem fajne doświadczenie.



Kiedy przejdzie się tym mostem od części turystycznej na drugą stronę rzeki nic tam już w zasadzie nie ma. Poza świątynią. Która jest ciekawa dosyć, nigdy chyba nie widziałam aż tyle kiczu na raz. Wybrałam się tam raz i byłam pod niemałym wrażeniem. Po prostu szał dla oka.


Odwiedziłam jeszcze cmentarz wojenny. Był już wieczór, na cmentarzu pustki. Tylko cisza, dziwny spokój w centrum zatłoczonego miasta. Taka strasznie niepokojąca cisza. Gęsia skórka murowana. Miejsce to naprawdę robi duże wrażenie. Niby nie jest spektakularne, ale jak tak się patrzy na te wszystkie groby i myśli ile ludzi pomarło przy budowie samej Kolei Śmierci, to aż dreszcz przechodzi.



Po odwiedzeniu cmentarza przypadkowo trafiliśmy z kolegą z pracy, który mi towarzyszył na nocny targ. A co jest na targach nocnych? ŻARCIE. I to dużo żarcia. Rzuciliśmy się więc na nie, nakupiliśmy więcej, niż mogliśmy zjeść, więc resztę zabraliśmy do hotelu, ażeby przy winku skonsumować. Winka jednak nie doczekałam, bo któryś ze spożytych wiktuałów  strasznie mi zaszkodził. Na tyle strasznie, że przez calutką noc przytulałam się z klozetem. W pewnym momencie rozważałam nawet udanie się do szpitala, bo się bałam odwodnienia. A biedny kolega strasznie wrażliwy na dźwięk wymiota prawie do mnie dołączył. Przez długi czas nie ruszyłam po tym incydencie żarcia ulicznego. Ale po dłuższym zastanowieniu - był to jedyny raz, kiedy zatrułam się jedzeniem w Tajlandii. 


I to tyle z atrakcji i koszmarków Kanchanaburi. Na koniec jeszcze prezentuję wehikuł, jakim tam zazwyczaj jeździłam (jak raz pojechałam minivanem, to mało co nie oddałam obiadu spowrotem, bo kierowca szaaaaalonyyy). Van wyładowany po dach z zakupami dla całej wsi. I do tego te zjeżdżalnie na dachu - na plac zabaw dla szkoły.
W Wietnamie chyba bym nie przeżyła takim jeździć.

4 komentarze:

  1. Może zaszkodziła Ci ilość, a nie jakość ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, pawik z przepełnienia :D w sumie możliwe chyba, bo jedliśmy to samo, a kolega sensacji żadnych nie dostał!

      Usuń
  2. Obok Kanchanaburi jest nasze ukochane słoniowe miejsce, do którego wybieramy się nawet na wolontariat (plany na przyszły rok!). Samo miasto nas nie powaliło, ale jedzonko było dobre, to prawda. Nam na szczęście zatrucie się nie zdarzyło. Może dzięki jedzeniu z umiarem :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam, że tam fajnie u słoni jest i że to nie jedno z tych miejsc, co trzepie hajsiwa,ale rzeczywiście coś robi. Ale nie byłam tam.
      Miasto jest takie se, to prawda, dla mnie to była, jak wspomniałam - zakupownia ;)

      Usuń