czwartek, 2 marca 2017

Kuala Lumpur

W Kuala Lumpur zaczęła się i skończyła moja podróż po Malezji. Niestety miejsce to potraktowałam nieco po macoszemu. Jakież były wrażenia z krótkiego pobytu tam?

 Wieże Petronas

Na początek - lotnisko - zawrót głowy. Kontrola paszportowa poszła sprawnie i szybciutko, ale żeby odebrać bagaż musiałam iść długo, długo. Potem wsiąść do kolejki, która przewiozła mnie gdzieś hen daleko. Oznaczenia były dla mnie na tyle niejasne, że musiałam się pytać obsługi "czy ja na pewno powinnam udać się w tym-a-tamtym kierunku?". Szczęśliwie pomimo ogromu tego przybytku udało mi się ogarnąć wszystko elegancko. Wymieniłam hajsiwo na malezyjskie Ringgity, które to są tak kolorowe i ładne, że przywodzą na myśl pieniążki z gry Monopoly.

KL Tower

Znając już ostrzeżenia Gandzi, która dotarta do KL kilka godzin przede mną poszłam wprost do pociągu nie siląc się na szukanie busów (jadą dłużej, ale są dużo tańsze). Kolejka była elegancka. Czysta, ładna i nawet wifi tam śmigało. W około pół godziny dotarłam do stacji centralnej Kuala Lumpur, skąd złapałam taksówkę do Chinatown, gdzie to znajdował się nasz nocleg. Po drodze doznałam szoku obserwując ruch drogowy. Dotarło do mnie, że Malezyjczycy przestrzegają przepisów. Nie zaobserwowałam wariactwa. Jakbym zupełnie przeniosła się poza Azję!

Chinatown

Po dotarciu do Chinatown zrobiło się swojsko. Srogi pierdolnik. Multum straganów, na których było sprzedawane wszystko. Naprawdę - WSZYSTKO. Ciężko było przepchnąć się pomiędzy straganami, gdyż były ustawione jeden koło drugiego, a wszędzie kłębiło się mnóstwo ludzi. No - to jest prawdziwa AZJA. I jeszcze jedno, o czym nie wspomniałam wcześniej opisując podróż malezyjską - ZDJĘCIE Z BIAŁASEM. Już na początku w Chinatown zaczęło się. Przypadkowi ludzie prosili, by zrobić sobie z nimi focię. Dziwne to zachcianki, czy też fetyszki. No ale dobra, nie ma problemu. Po którymś razie to jednak zaczyna na prawdę męczyć...

najlepsze szaszłyki - Chinatown

Samo dotarcie do noclegowni było nie lada wyczynem, bo schowana była ona za wszechobecnymi straganami. Miałam szczęście, bo wcześniej dostałam jako-takie instrukcje od czekającej na mnie Gandzi oraz pomógł mi pewien miły pan stojący na skrzyżowaniu.

ogród botaniczny

Po radosnym powitaniu i ogarnięciu się nadszedł czas na żarcie i zwiedzanie. Wybrałyśmy się spacerkiem do wież Petronas. Chciałyśmy nawet wjechać na górę, ale czas oczekiwania i cena skutecznie nas zniechęciły. Kolejna podjęta próba - KL Tower (przypominająca mi wielce wieżę  Näsinneula z Tampere). Niestety nie można było się dostać do restauracji bez rezerwacji. A sam taras widokowy za horrendalną cenę i do tego w deszczu nie wydawał nam się wart zachodu.


Za drugim razem, tuż przed opuszczeniem Malezji mając chwilę czasu wolnego przed i po wycieczce do Batu Caves odwiedziłyśmy park z ogrodem botanicznym i piękną hinduistyczną świątynię na skraju Chinatown. Bardzo mi się podobały detale, rzeźby, atmosfera. Wszystko mi się podobało. W połączeniu z pysznym hinduskim żarciem nabrałam nagłej ochoty na wycieczkę do Indii...


Nieco mi żal, że tak niewiele czasu poświęciłam na zwiedzanie Kuala Lumpur. Na pewno jest tam więcej ciekawych rzeczy do zobaczenia. Ale coś czuję, że to nie był mój ostatni raz w Malezji i że szansa jeszcze się nadarzy. Tak pyszne wiktuały jakie tam spożywałam wręcz wołają, aby wrócić przy najbliższej okazji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz