piątek, 3 marca 2017

Mój pierwszy dzień w Tajlandii.

A właściwie... pierwsze dwa dni.

W wiosennym projekcie Klubu Polki na Obczyźnie wracamy do naszych wspomnień. Opisujemy pierwszy dzień w naszych emigracyjnym krajach.
O przeprowadzce do Wietnamu napisałam dosłownie 3 dni po tym, jak tutaj przyjechałam i nie zrobiłabym tego lepiej, niż wtedy, kiedy wszystko było "na gorąco". Bardzo chętnie podzielę się odczuciami z przyjazdu do Tajlandii (o których wspomniałam tylko bardzo pobieżnie) i szokiem, którego doświadczyłam zjawiając się w Sangkhlaburi.


Nie przyznawałam się do tego wcześniej, bo jako, że spotkałam się ze sporą dozą powątpiewania, co do słuszności mojej decyzji, to musiałam robić dobrą minę do złej gry. Otóż na sama nie byłam pewna, czy postępuję dobrze. Już w samolocie byłam srodze przerażona. Nawet nie zaciekawiona, nie poddenerwowana. Kumulacja sprzecznych emocji rozsadzała mi łeb. Nie boję się latać, ale byłam pewna, że samolot spadnie (były to czasy nasilonego konfliktu na Ukrainie, a ja leciałam ukraińskimi liniami lotniczymi, gdyż oferowały one śmiesznie tani bilet). Pamiętam, że lecieliśmy nad Indiami strasznie długo. Zastanawiałam się, dlaczego tak długo. Może nigdy nie wylecimy znad Indii, może to nowy, nieznany Trójkąt Bermudzki? Bardzo wiele tego rodzaju głupich myśli przemykało mi przez głowę uniemożliwiając (wraz z upierdliwym facetem na siedzeniu obok) spokojny sen.


Żaden kataklizm się nie wydarzył i około dziewiątej rano znalazłam się na lotnisku w Bangkoku. Ogromne ono było, jeszcze nie widziałam tak wielgachnego lotniska. I kontroli paszportowej, przy której robią zdjęcia i że w ogóle trzeba z celnikiem rozmawiać. Wszak nigdy wcześniej nie byłam w Azji... Ba, nie byłam nawet nigdzie poza Europą. Kiedy odbierałam bagaż, zamieniałam pieniądze i łaziłam w te i wewte w poszukiwaniu adaptera do kontaktu miałam wrażenie, że moje flaki przebiegają maraton. I to prowadzący przez tor przeszkód. Tak samo czułam się już kiedy dotarłam do hotelu. Do tego było gorąco i duszno. Jak w saunie, tylko że z sauny da się wyjść, a od tego ukropu nie było ucieczki. Nie wyobrażałam sobie, jak ja zdołam przywyknąć do tej kosmicznie wysokiej temperatury i wilgotności. 


Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem było jedzenie. Zamówiłam Pad Thai u pani na ulicznym stoisku. Bardzo, ale to bardzo mi smakował. Pamiętam, że były w nim całe, duże krewetki z łbem i odnóżami. W całości jedną zjadłam. I obiecałam sobie, że już więcej tego nie zrobię. Krewetkowe wąsy smyrające w gardło to wątpliwa przyjemność. I do tego strasznie ciężko przeżuć pancerzyk. A ogonek staje kołkiem w przełyku. Ta krewetka to była moja pierwsza lekcja tajskiego życia.
Po spożyciu odzyskałam nieco wigoru i postanowiłam zwiedzać miasto. Daleko jednak nie uszłam, bo... no cóż, wszędzie widziałam panie prostytutki. Dosłownie, co krok. Nie przesadzam. Tak się złożyło, że przypadkiem swój nocleg zaklepałam w dzielnicy czerwonych latarni. Wróciłam do hotelu i odpłynęłam, choć było dopiero wczesne popołudnie. 

typowe domki w Sangkhla

Obudziłam się około drugiej w nocy. Cóż tu począć o takiej porze? Oczywiście znów zaczęłam rozmyślać. Już za parę godzin miałam udać się na wieś na birmańskiej granicy, która odtąd miała być moim domem. A ja nawet nie potrafiłam zapamiętać jej nazwy. Sangkhlaburi... Sama myśl o tym miejscu przyprawiała mnie o srogi stres. Doczekałam jakoś do rana i nadszedł czas ruszać w drogę. Na samym początku taksówkarz uparcie próbował mnie oszukać. Za cholerę nie chciał włączyć taksometru. Zrobił to dopiero, gdy uznałam, że wysiadam. Ledwo zaczęłam podróż i już miałam dosyć! Na szczęście bezproblemowo dowiózł mnie do stacji minivanów. Pierwszy van musiałam złapać do Kanchanaburi (kolejna nazwa nie do zapamiętania dla mnie w owym czasie). Siedziało w nim więcej ludzi, niż było miejsc. Do tego kierowca jechał niczym wariat. Ale udało mi się przetrwać i przesiąść na minivana do Sangkhla. I to tam zaczęło się. Droga prowadziła przez góry i dżunglę. Widoki co prawda były piękne, ale żołądek skręcał się jak szalony, bo miałam wrażenie, że kierowca prowadzi z zamkniętymi oczami. Środkiem drogi, pod prąd, jakkolwiek! A z przedniej szyby gapiła się na mnie złota figurka Buddy. Chyba tylko ten Budda sprawił, że facet nie wjechał do rowu.


Po około 4 okropnych godzinach i niezliczonych kontrolach celnych (nie spodobałam się jednemu z celników, bardzo długo taksował wzrokiem mój paszport i facjatę) dotarłam na miejsce. Zobaczyłam wyboistą, ukurzoną drogę. Kilku starszych Tajów kopcących papieroski na stacji minivanów. Błąkające się dookoła psy. Średnio do mnie docierało, że to tutaj będę mieszkała, kiedy tak rozglądałam się dookoła. Dość szybko przyjechał po mnie na rozsypującym skuterze kolega z nowej roboty. Łatwo było się rozpoznać, bo byliśmy jedynymi białasami w okolicy. Serce podeszło mi do gardła, bo z moim ogromnym plecakiem i torbą z komputerem i aparatem musiałam się zmieścić na zdezelowany motorek. Kolega zapewnił, że to wcale nie jest tak dużo i że na pewno nie upuści torby. Ja sama się kurczowo trzymałam jego mając nadzieję, że plecak mnie nie przeważy i nie spadnę na drogę.

w Bagnie z kotami

Sangkhlaburi na szczęście jest bardzo niewielkie, szybko zatem dojechaliśmy do mojego nowego mieszkania. Z zewnątrz wyglądało całkiem nieźle, ale w środku... to było najpaskudniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałam. Syf, kiła i mogiła. Słowa nie wyrażą, co w tamtej chwili czułam. Wszystko ulepione, dziury w ścianach, stęchłe odory, do tego kibelek będący dziurą w ziemi i zimna woda w prysznicu. Czarę goryczy przelały karaluchy. Obiecałam sobie, że czym prędzej znajdę sobie lepsze miejsce do życia, jak tylko trochę się zorganizuje. Zanim jeszcze minął mi szok po zobaczeniu Bagna (tak nazwałam ten domek na cześć namiotu z M*A*S*H) kolega chciał pokazać mi pracę. To, co tam zastałam jeszcze bardziej mnie zadziwiło. Łeb mało mi się nie ukręcił od patrzenia w każdą stronę przy próbach ogarnięcia tego chaosu. Ale czegóż się mogłam spodziewać po organizacji charytatywnej w dżungli?

garnko-kształtny autoklaw na palniku z gazem
- tak się jawiła cała moja robota

Jak już to wszystko zobaczyłam oczywiście zachciało mi się żreć. Trzeba było zatem wybrać się do centrum Sangkhla, czyli kilka ulic dalej (niedaleko przystanku minivanów, jak się okazało). Sama nie pamiętam, co zjadłam - dobitnie świadczy to o szoku w jakim się znajdowałam. Pamiętam za to doskonale jedną rzecz. Nigdzie nie było kawy z fusów. Nie mogłam kupić kawy (i wielu innych rzeczy, ale tylko bez kawy nie mogłam żyć)! Serce mi zamarło. Dowiedziałam się, że na najbliższe "normalne" zakupy można liczyć w Kanchanaburi. Już wiedziałam, że niedługo czeka mnie wycieczka tam. Zanim padłam wymęczona tymi wszystkimi wrażeniami przejechałam się jeszcze po okolicy rupieciowatym skuterkiem. Zdziwiły mnie dwie rzeczy. Pierwsza - jakim cudem on się jeszcze nie rozpadł, tu musiała działać chyba magia. Druga - jak udało mi się zgubić w Sangkhla, które ma naprawdę tylko kilka ulic. Nieźle błądziłam, zanim zdołałam wrócić do Bagna.

Mon Bridge przed wschodem Słońca

Na koniec tego dnia nie wyobrażałam sobie ułożyć życia w tym dziwacznym miejscu. Nie mieściło mi się w głowie, że mogłam wymyślić coś takiego. Że muszę tam zostać, że to nie wycieczka. Że przecież sama o tym zdecydowałam! Ale mówiłam do siebie, że pierwszy krok jest najgorszy. Że się przyzwyczaję. Że będzie dobrze. Wtedy nie wyobrażałam sobie, jak bardzo Tajlandia wpłynie na moje postrzeganie świata. Że pokocham Sangkhlaburi niedługo później, że będzie ono moim domem i miejscem na ziemi. Że już nie będę chciała wracać do Europy.
I jak wiele te dwa dni zmieniły w całym moim późniejszym życiu.

32 komentarze:

  1. Bardzo, bardzo ciekawy wpis. Musiało to być bardzo niepokojące, gdy pozalowalaś przyjazdu.
    Jak długo tam mieszkałaś w tej 1. norze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krótko, ale i tak za długo... jak już pierwszą wypłatę dostałam, to zaczęłam się zaraz rozglądać za nowym lokum :)

      Usuń
    2. Nie wiem jak tam często dostaje się wypłatę, ale nawet jak co tydzień w systemie angielskim, albo co dwa w systemie amerykańskim, albo co 4 w europejskim (im dalej tym gorzej) to i tak musiało być przerażające!

      Usuń
    3. jak w Europie, co miesiąc. jeszcze,żeby była o czasie...
      i się pochorowałam w międzyczasie ! brrr. ciarki mam jak o tym myślę.
      byłoby znośnie w sumie,ale te karaluchy nie chciały czeznąć po muchozolu. mój eks absztyfikant tam w tym domu kiedyś pomiędzy sufit, a dach wlazł, żeby pomóc załatać dziurę i że tam ich siedliszcze było. to chyba była najbardziej heroiczna rzecz, jaką on w życiu zrobić

      Usuń
  2. Ciekawe początki, tyle zwrotów akcji, z humorem. Mnie też wyobraźnia pracuje, jak jestem w samolocie, więc doskonale rozumiem ten stan. Nigdy nie byłam w Azji, nigdy nawet poza Europą... ten świat wciąż jest dla mnie nieodkryty. Dzięki za bardzo przyjemną lekturę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa i odwiedziny:)

      Usuń
  3. KAzdy bylby na twym miejscu pelen niepokoju. Robactwa nienawidze, wiec te karaluchy tez by mnie zalamaly. No ale, ze krewetke zjadlas w calosci. I ze sie nie udlawlas, to juz lut szczescia. Ty masz chyba w ogoleszczescie w zyciu:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krewetki tutaj tak jedzą, Wietnamczycy po dziś dzień dziwią się, że je obieram. Mówią, że te pancerzyki i ogonki są zdrowe. A fuj!

      Usuń
    2. Głowy i ogonka też nie jem, ale porządnie uprażona skórka jest chrupiąca, yummie!

      Usuń
    3. Do podniebienia mi się przykleiła ;)

      Usuń
  4. Hardcore pełną gębą! Ale czegóż innego można się bylo po Tobie spodziewać? 😁 Na jak długo tam zamieszkałaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 7 miesięcy byłam w Tajlandii :) chętnie bym została, ale przez problemy finansowe w pracy uciekłam, gdzie pieprz rośnie.

      Usuń
  5. Wielki szacun i podziw Ci się należy! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No i jak tego naszego emigracyjnego życia nie nazwać przygodą, naprawdę dzielna z Ciebie dziewczyna. Już widzę to przerażenie , nawet nam Polakom wychodzących z różnych rodzin, nie jest łatwo wyjść ze swojej strefy komfortu. A przecież wyjechałaś z cywilizowanego świata i nagle gdzie jesteś. Wspaniale, naprawdę ciekawy post.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przygoda to jest, oj tak...
      Wyjechałam z pięknego, czystego Hannoveru wprost na koniec świata ;) nie powiem, kontrast był szokujący :D

      Usuń
  7. Aż się wzruszyłam! Super Aniu, jesteś twardzielka. Przeczytałam z zapartym tchem, zwłaszcza o tych watpliwościach. Cieszę się, że się udało

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Wątpliwości są chyba zawsze, któż z nas ich nie ma?

      Usuń
  8. Przeniosłam się na chwilę w inny świat. Wyobrażam sobie ten stan umysłu i emocje. Podziwiam Cię za odwagę i determinację. Cieszę się jakoś, że na świecie są pozytywnie zakręceni ludzie. To dodaje koloru życiu!!! Dzięki za podzielenie się tą historią.
    Jola

    OdpowiedzUsuń
  9. Poczułam wielki podziw dla Twojej odwagi i samozaparcia. Ciekawa historia!

    OdpowiedzUsuń
  10. O rany, co za przygoda! Zaczynam doceniać europejskie standardy :) Ale praca w organizacji charytatywnej brzmi mega motywująco!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, ja tez zaczelam doceniac. :)
      Niestety, jak czlowiek widzi, co sie w takim organizacjach wyczynia (jak wyzej wspomniane kradzieze.. a to wierzcholek gory lodowej), to jeszcze bardziej watpi w ludzi...

      Usuń
  11. Jesteś szalona i bardzo mi się to podoba! Co za przygoda, podziwiam! Czytałam Twój wpis dwa razy i w głowie mi się nie mieści, jak często my tutaj, w Europie nie doceniamy, jak wiele mamy. Ot choćby działająca, czysta toaleta...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:)
      toaleta, ciepły prysznic, pralka... cieszę się, że nauczyłam się doceniać drobiazgi.
      pozdrawiam serdecznie :)!

      Usuń
  12. Niesamowita podroz i przygoda. Ten motocykl kumpla, krewetki i karaluchy stawaly mi doslownie przed oczami 😊Sceny jak z jakies drama- komedii. Tez uwazam, ze jestes szalona, ale w pozytywnym tego slowa znaczeniu😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      To życie w Sangkhla (i w Sajgonie w sumie też...) to jest właśnie taka codzienna drama-komedia. nigdy nie jest nudno :)

      Usuń
  13. Wow, super! Potrafię sobie bardzo dobrze wyobrazić wszystko, szacun dla Ciebie! Jak wyglądała Twoja praca w Tajlandii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, o pracy w Tajlandii napisałam nawet post, o tutaj - http://czekolada-z-farszem.blogspot.com/2017/03/weterynarz-w-tajlandii.html :) mam nadzieję, że Ci się sposoba

      Usuń
  14. Aniu wowww bo tyle na razie ciśnie mi się na usta. Powiem ci szczerze że mega siła i odwaga w Tobie siedzi bo nie znam chyba nikogo kto odważył by się na taki krok. Myślałam, że ja miałam ciężki pierwszy dzień na emigracji ale TY ?? Tajlandia to zupełnie inny świat. Chylę czoła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa:) tak naprawdę t wszystko w nas samych siedzi i jak raz się człowiek przełamie,to jakoś to idzie dalej:) i nie jest tak strasznie

      Usuń