środa, 22 marca 2017

Sangkhlaburi - opuszczone świątynie

Pół wieku temu wioski okolic Sangkhlaburi wyglądały ineczej, niż obecnie. Domostwa budowane były tam, gdzie obecnie tereny zalewa jezioro. Po budowie tamy Khao Laem poziom wody podniósł się znacznie i ludność przeniosła się na wzgórza. Wybudowano nowe domy. Część z nich dryfuje na wodzie. Okolica znacząco się zmieniła (co podkreślają starsi mieszkańcy). Co jednak zostało po dawnych czasach? Świątynie. Obecnie dostępne do zwiedzenia są 3 stare, buddyjskie świątynie, do których można dotrzeć jedynie łodzią.


Odwiedziłam je wszystkie kilkakrotnie. Pierwszym razem wywarły na mnie ogromne wrażenie. Czułam, jakby czas dosłownie się zatrzymał dawno, dawno temu. Jakbym znalazła się w opowiadaniu fantasy. Choć świątynie były stosunkowo nowe, najsłynniejsza (choć chyba to za duże słowo...) - Wat Saam Prasob została zbudowana w 1950 roku, a zalana w 1968 roku; nazw pozostałych dwóch nie zdołałam znaleźć. 


Nie przypominały tych świątyń, które widywałam na co dzień. Były ewidentnie nadgryzione zębem czasu i próżno było szukać tam mnichów, tłumów wiernych, czy turystów. Od czasu do czasu zjawiali się pojedynczy odwiedzający, zapewne dlatego, że w Sangkhla nie ma zbyt wielu atrakcji.


W porze deszczowej dostęp do świątyń jest wbrew pozorom najłatwiejszy (poziom wody jest najniższy na początku monsunów, potem podnosi się) - chociaż raz przytrafiło mi się, że złapała mnie na łodzi harda ulewa i wraz z wolontariuszami, których zabrałam na wycieczkę na złamanie karków pędziliśmy w błocie do świątyni, aby tam się skryć przed sikawicą.


Niestety okazało się, że tam wcale nie ma dachu. Ustawiono jedynie baldachim osłaniający posąg Buddy i to był właśnie nasz i innych odwiedzających ratunek. Nie obyło się oczywiście bez selfie z białasem, których pragnęli tajscy turyści.


Wokoło świątyni tejże nie ma za bardzo nic. Piramidki układane z kamieni, mocno podniszczony murek, a dalej już tylko dżungla i mokradła. Druga świątynia (ta najsławniejsza) jest interesująca. Podczas mojej pierwszej wizyty (na początku pory monsunowej, kiedy to woda w jeziorze mocno opada) można było do niej swobodnie wejść z łodzi, zamaczając sobie tylko nogi po łydki. 


Ale jeśli człowiek się przyjrzał uważnie można było dojrzeć miejsca na ścianach, do których dochodzi woda w późniejszych okresach. I tak, za drugim razem - widziałam ruiny zalane do połowy (wtedy właśnie, kiedy dopadło mnie hulające deszczysko). A za trzecim, kiedy przybyłam tam w porze suchej, na jej początku (czyli kiedy jej poziom sięga najwyżej) - wody było już po dach i nie wiedząc, co to jest człowiek by w życiu nie zgadł, że właśnie owa słynna zalana świątynia. Ot, jakieś cegły wystające z wody.


Wat Saam Prasob jest najbardziej zniszczona. Przez coroczne zalania nie zachowało się właściwie nic, prócz murów. Od drugiej, do trzeciej świątyni droga jest niezwykle malownicza. Z wody wystają szczątki starych drzew, podczas mgły widok robi naprawdę niesamowite wrażenie. I znów - sceneria z dobrego RPG. Brzmi nieprawdopodobnie, ale tak właśnie jest. Pięknie, ale dosyć niepokojąco.


Do ostatniej świątyni dotrzeć najtrudniej, bo trzeba przejść kawałek pod górkę, przez dżunglę. Jest ona co prawda nieźle przetrzebiona, ale i tak niezależnie, czy jest pora deszczowa, czy sucha - tam jest zwyczajnie ślisko. Jednego razu (podczas niezłej pogody!) podczas drogi powrotnej próbowałam się ratować przed wywrotką i chwyciłam liany. Nie pomogło. Wykonałam dupozjazda w dół. Innym razem, podczas złej pogody nie dało się wejść w ogóle.


Ta świątynia jest jednak najbardziej zadbana. Zachowało się najwięcej elementów na ścianach, no i w miarę nic się nie sypie. Można nawet zakupić przed wejściem kwiaty i kadzidełka. Mam podejrzenia, że miejscowi są tam w stanie jakoś dojść dżunglą, bo nigdy nie widywałam tam zbyt wielu łodzi, a ludzi sprzedających buddyjskie dewocjonalia już tak.


Cała wycieczka zajmuje jakieś dwie godzinki. Ceny łódek trzeba mocno negocjować z panami przewoźnikami, bo widząc białasów, a już szczególnie w większej ilości próbują je zawyżać. Za każdym razem, kiedy wybierałam się na wyprawę początkowa cena oferowana mi była wyższa od poprzedniej. Ale szczerze powiedziawszy - nawet za tę wyższą byłoby warto.


Bo niewiele tego rodzaju miejsc jeszcze zostało. Jak długo się one zachowają? Kilkanaście lat? Może kilkadziesiąt przy dobrych wiatrach? Cieszę się, że było mi dane je zobaczyć.


I znów - tęsknię do Sangkhla. Do właśnie takich ukrytych skarbów...

7 komentarzy:

  1. Ponieważ lubię klimaty fantasy to mocno wierzę, że spodobałoby mi się tam!
    Czy Ty się nauczyłaś miejscowego języka? A raczej na ile?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajskiego się nauczyłam na tyle, że byłam w stanie załatwić proste rzeczy. Ale rozmowy jakieś konkretnej bym nie poprowadziła. No i tylko mówić, pisać nic a nic.

      Usuń
  2. Jestem pod wrażeniem, jakie niezwykle miejsca skrywa nasza Ziemia w swych zakątkach! Dzięki, że tym postem pozwoliłaś mi tam udać się z Toą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że "wycieczka" w te miejsca Ci się podobała :) Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Selfie z białasem :D :D
    Ile wody!
    Faktycznie, fajnie jest zobaczyć takie rzeczy, które wiesz, że nie wytrzymają próby pogody, wiatru, wody.. I nie każdy będzie mógł mieć takie widoki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzieś mam zdjęcie, jak wody jest po dach tej świątyni :)
      A selfie z białasem to najpopularniejsze było jednak w Malezji, Tajowie wymiękają w tych zawodach :D

      Usuń