środa, 8 marca 2017

Weterynarz w Tajlandii

Sporo czasu upłynęło od wyjazdu z Sangkhlaburi, zanim stałam się gotowa napisać, jak właściwie tam było. Jak wyglądało codzienne życie (za którym wciąż szalenie tęsknię), jak się pracowało (i żeby właśnie tę część opisać bez kniazienia). I oto po opowieści, jak się czułam, kiedy zawitałam do Sangkhla przyszedł czas na więcej. Dzisiaj napiszę, jak wyglądała moja praca w organizacji charytatywnej.


Nie, nie było tak słodko jak na powyższym zdjęciu (pacjentów - małpy miałam tylko dwa razy - jedna, to ta powyżej, druga próbowała odgryźć mi rękę za wszelką cenę). Na samym początku, gdy próbowałam się zorientować we wszystkim mózg mi parował. Zostałam jedynym weterynarzem w promieniu 220km i również managerem (choć tego nie było w planach). Poza maleńką lecznicą, o iście polowych warunkach miałam do ogarnięcia także schronisko, w którym przebywało około 50 psów. I kilka kotów. Burdel, jaki zastałam był po prostu niesamowity, bo przez ponad miesiąc nie było nikogo, kto by przybytkiem owym dowodził. Musiałam więc zebrać wszystko do kupy z zupełnego gruzowiska.

lecznica w środku - po wysprzątaniu

Kiedy przejrzałam, co właściwie mamy dostępne - załamałam ręce. Sprzęt w większości popsuty. Większość leków i materiałów takich jak np. wenflony była spleśniała lub/i przeterminowana. Mając na uwadze brak funduszy musiałam jakoś zorganizować chociaż najpotrzebniejsze rzeczy. I tu pojawiło się pytanie: jak się za to zabrać? Otóż bardzo prosto, wbrew pozorom. W Tajlandii absolutnie wszystko można kupić, trzeba tylko wiedzieć, gdzie iść. Tak więc zaopatrywałam się w aptekach (w tym jednej zaprzyjaźnionej, we wsi:), szpitalach i gabinetach weterynaryjnych w Kanchanaburi. Nawet leki do znieczulenia można było dostać bez większego problemu (jeśli tylko były akurat dostępne). Odpowiednia gadka, troszkę pieniądza pod ladą i wszystko to jakoś szło. Nie mając zielonego pojęcia, co robię zagłębiałam się w czarny rynek. W pamięci mam, jak po raz pierwszy musiałam coś kupić na szybko. I to nie byle co, bo lek, który w Europie jest ściśle kontrolowany. Poszłam do wioskowego szpitala z przygotowaną gadką. I co? 5 minut, hajsik i miałam, czego potrzebowałam. Niestety niektórych leków zwyczajnie nie było. Nigdzie. Trzeba było sobie zatem znajdować inne sposoby działania.

lecznica z zewnątrz, w tle klatka z chorym psem

Do pomocy w pracy miałam: tajską tłumaczkę, Taja - złotą rączkę (który to po angielsku nie mówił ni w ząb, a moim pierwszym celem było zacząć się z nim komunikować - z pomocą piwa Chang poszło szybciutko) i wolontariuszy. Tłumaczkę niestety bardzo szybko przyłapałam na bezczelnym podkradaniu pieniędzy (do tej pory mi się w głowie nie mieści, jak można kraść z organizacji charytatywnej, a niestety jeszcze sporo później widziałam w tej wsi...) i wyrzuciłam na zbity pysk. Wtedy zrobiło się naprawdę trudno. Na szczęście wyżej wspomniany Taj - Song błyskawicznie uczył się angielskiego i przejął jej funkcję dość szybko. Z wolontariuszami bywało różnie. Niektórzy świetni, inni niekoniecznie. Czasem nie było ich wcale. Przez pewien czas (z miesiąc) tylko ja i Song ogarnialiśmy cały przybytek. On był nieoceniony. Sprawdził się także cudownie, jako pielęgniarka.

bywało i tak - oswabadzanie psa, który utknął na dachu hotelu; jak on tam wlazł?!

Wspomniałam już o przeterminowanych lekach, które systematycznie zastępowałam. Ale to nie wszystko. Bywały też problemy z wodą i prądem. Nierzadko, kiedy już miałam pacjenta gotowego do operacji okazywało się, że wody nie ma. To się działo ot tak, bez zapowiedzi. Zatem biegałam do Bagna, na drugą stronę ulicy, gdzie często woda jeszcze była, tam myłam ręce, trzymając je w górze i otwierając bramę i drzwi nogą wracałam. Gorzej było z prądem. Nie mieliśmy lampy chirurgicznej (dopóki któregoś dnia nie powiesiliśmy z kolegą Samem na suficie na długim, dyndającym kablu żarówki z osłonką wyciętą z plastiku wyłożonego folią aluminiową - cud techniki), więc wszystko właściwie wykonywałam nosząc czołówkę na głowie. Któregoś wieczoru operowałam podczas burzy. Nagle odcięło prąd. Musiałam dokończyć tylko w świetle czołówki z dogorywającą baterią i przy huku grzmotów. Przysięgam, czułam się, jakbym naprawdę znalazła się w M*A*S*H...

masowe kastracje i sterylizacje kotów; zbyt mało stołów

I tak też mijały dni, jak w M*A*S*H'u. Przetrwać to, co przyniesie dzień. Poradzić sobie z tym, z czym trzeba bez wystarczających środków. Pamiętam, jak kiedyś przyniesiono kozę. Rodzącą, z wystającą nogą koźlątka... A ja pojęcia o tym nie miałam (i nadal nie mam). Całe szczęście miałam akurat wspaniałą wolontariuszkę, studentkę z Danii, która właśnie zdała egzamin z takich rzeczy. Opowiedziała mi, co i jak i pomogła przy operacji. Nie powiem, łatwo nie było. Ale tak, jak w tej sytuacji - zawsze znajdowało się jakieś wyjście. Nawet kiedy wydawało się, że już go nie ma. Były zatem wzloty i upadki. Dwa razy byłam mocno pogryziona. Raz przez kota, raz przez psa. Wszystko się zagoiło, ale styczność z tajską służbą zdrowia to materiał na osobny wpis.

po koziej cesarce

Najdziwniejszym pacjentem, jaki mi się trafił był... pijak. Przewrócił się na motocyklu i rozharatał rękę. A że akurat byłam w pobliżu, to zaprowadziłam do swojego przybytku i pomogłam. Kilkukrotnie proszono mnie także o zbadanie dzieci, ale tutaj już odmawiałam o odsyłałam do szpitala. Najsmutniejszym natomiast odkryciem było, że... wielu ludzi nie umie czytać i pisać. Kiedy prosiłam o zapisanie numeru telefonu i imienia - po prostu nie potrafili. Dyktowali Songowi, a potem także mi. Kilka pierwszych takich sytuacji - nie wiedziałam, jak się zachować. Potem przywykłam.

tajskie kwiatki w tłumaczeniu - mikro-statek

Najbardziej żenującą sytuacją, jaka mi się przytrafiła było nieporozumienie telefoniczne. Zadzwoniłam do właścicielki psa, aby poinformować, że on nie żyje. Moim bardzo biednym tajskim. Kiedy kobieta odpowiedziała tylko "ka, ka, ka" - czyli "ok, ok, ok". Powtórzyłam, reakcja była taka sama. Zgłupiałam zupełnie. Ale pomyślałam, że może jej nie zależy. Nie powinno mnie to dziwić w sumie... Kiedy przyszła i zobaczyła trupa wpadła w histerię. Kolega Song nieźle się męczył, by to wyjaśnić. Ja już sama nie wiedziałam, co się stało. Po skonsultowaniu przebiegu rozmowy z koleżanką Sai z baru okazało się, że powiedziałam do tej biednej kobieciny "dog let's go" zamiast "dog died". No i ona myślała, że wysyłam go do domu. Zmiana tonu w języku tajskim może zmienić cały sens... 


Nie chcę zagłębiać się w temat, dlaczego nie zostałam dłużej. Jednak po pół roku (byłam na ten czas chyba weterynarzem który wytrzymał tam najdłużej) zwinęłam żagle i ruszyłam dalej. Doświadczenie to jednak na pewno wiele mnie nauczyło. Przede wszystkim, radzić sobie, kiedy po prostu nie da się nic poradzić. Znajdować wyjście w sytuacjach bez wyjścia. Doceniać to, czego człowiek nigdy nie doceniał. Bo po prostu było. Prąd, woda, dostęp do leków. Umiejętność pisania i czytania.  Proste rzeczy, o których nie myślimy. Bo są. Otóż nie. W niektórych miejscach zwyczajnie ich brakuje...

16 komentarzy:

  1. Bardzo podziwiam, jesteś wielka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo, bardzo mi miło. Dziękuję :*

      Usuń
  2. WOW, jesteś niesamowita, od zawsze wielka miłością darzyłam zwierzęta i chyba zawsze skrycie marzyłam o tym aby pracować jako weterynarz czy ktoś kto pomaga malutkim futrzaczkom. ( mam zamiar iść na woolontariat tutaj w UK) Jesteś niesamowita, dzielnie Ci będę kibicować w Twojej pracy. Może nawet na Klubie powinnyśmy wymyślić jakąś akcje w celu dotacji twojej kliniki, bo sama powiedz skąd masz pieniądze na to wszystko. To jak studnia bez dna, tyle potrzeb.
    P.S A te kociaczki są takie słodkie, jeden wygląda jak mój Bubus jak był malutki :) Pozdrawiam serdecznie xxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Dziękuję :)
      Ta organizacja była swojego czasu na FP Klubu nawet. Ale niestety jednym z powodów, dlaczego nie chciałam zostać tam były sprawy finansowe (nawet nie samej mojej fundacji, tylko takiej większej - pod którą ona podlegała) i moje niepewności co do nich. Dużo by opowiadać, ale jak już wiem co wiem, to robi się ciut niemiło. Chętnie opowiem na priv :)
      Miejsce, gdzie pracuje obecnie w Wietnamie świetnie sobie radzi samo - to zupełny kontrast. Klinika dla tych bogatszych klientów. Łatwiej się pracuje, inne realia.
      Mój dobry kolega myślał nad założeniem organizacji dla kotów. W to na pewno bym się zaagnażowała. Tylko takie przedsięwzięcie to mnóstwo roboty, o której się nawet pojęcia nie ma zanim człowiek w tym nie popracuje. I tak jak mówisz - studnia bez dna. Może kiedyś wrócę z tematem :)
      Uściski :)

      Usuń
  3. Masz siłę! I jesteś niesamowita. Radzisz sobie wspaniale.
    Dużo siły dla Ciebie!
    O.

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę podziwiam Cię za siłę, determinację, pomysłowość, umiejętność dostosowania i sposób podejścia do problemów, tych faktycznych, nie wyimaginowanych. Takie miejsca bardzo potrzebują takich wyjątkowych osób jak Ty. Cieszę się, że teraz działasz w Wietnamie, bo ten kraj jest bliski memu sercu :) Pozdrawiam gorąco :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa:) :*
      W Wietnamie pracuję w takiej klinice z "zachodnimi" standardami, więc już nie ma takiego poczucia działania "w wyższej sprawie".
      Ale jak zwykle również zbieram koty z ulicy... ;) i dokarmiam niezłą grupkę.
      Uściski!

      Usuń
  5. Szczerze Cie podziwiam! No i wlasnie, siedzimy sobie w naszej wygodnej Europie i jeszcze czasem narzekamy, a tu, za rogiem inny swiat! Bardzo fajny tekst, napisz ksiazke o Twoich przygodach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)!
      mama mnie namawiała do książki swego czasu i chciałabym napisać, tylko muszę mieć pomysł z której strony ugryźć temat i jak napisać, by była interesująca :)

      Usuń
  6. Wbiło mnie w podłogę - a ta tłumaczka...brak słów. Widać, że mało kasy, a ta bezczelnie jeszcze kasę wykradała....a to była Tajka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajka... jak się później okazało ona była ciut upośledzona :/

      Usuń
  7. niesamowite, naprawdę niesamowite.

    OdpowiedzUsuń