czwartek, 13 kwietnia 2017

Singapur #2

Człowiek lasu zawsze gdzieś go znajdzie. Nawet w Singapurze, gdzie wydawałoby się, że są tylko wieżowce. A jak drzewa, to sztuczne. Wbrew pozorom nie jest to nawet trudne. Bliskość natury, tak bardzo inną od wszechobecnych wieżowców oferuje wyspa Pulau Ubin. Wszystko jest tam, jak to w Singapurze dopieszczone i zadbane. Dżungla jakoś mało dzika. Ale jest to przyjemne miejsce warte odwiedzenia podczas pobytu w Singapurze.


Aby tam się dostać transportem publicznym musiałam podjechać kawałek metrem, a następnie przesiąść się na autobus. A że zjawił się zaraz po tym, jak podeszłam do przystanku - nie wiedziałam, czy jedzie w dobrą stronę. Próbowałam spytać pani kierowcy, zaabsorbowało to także kilka pasażerek. Nie bardzo wiedziały, gdzie właściwie chcę jechać i zrobił się niezły raban. Ale summa summarum okazało się, że jestem we właściwym autobusie. Na koniec przyszedł czas na łódkę. Ta była trochę zdezelowana (jak na singapurskie standardy). 


Na wyspie przyszło mi wypożyczyć... rower. Po moich traumatycznych przygodach z Cat Tien obiecywałam sobie, że nigdy więcej roweru, a po Cameron Highlands, że koniec z dżunglą... A na Pulau Ubin - no cóż, oba naraz. Odległości między interesującymi punktami na wyspie były zbyt duże, żeby je pokonać pieszo, a motorem jeździć tam nie wolno. Ze zgrozą w duszy wynajęłam rower. Jego jakość była na całe szczęście o wiele lepsza, niż tych w Cat Tien, a i drogi przygotowane przyzwoicie, zatem ku mojemu zaskoczeniu i pomimo początkowej rozpaczy - źle nie było!



Na początku przejechałam się po lesie namorzynowym. Podróże po lasach namorzynowych to taka moja esencja spełnienia marzeń z dzieciństwa. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek w takie miejsca dotrę, że to osiągalne dla takie zwykłego ludzika, jak ja, a jednak... udało się! Las na Pulau Ubin jest bardzo zacny. Ścieżka ładnie zadbana, że jak się jedzie to tyłek nie trzęsie się na wertepach. Nawet przyznam, że czerpałam przyjemność z tego rowerowania.


Jak już się nacieszyłam namorzynami wybrałam się na część wyspy zwaną Chek Jawa. Było dosyć mocno pod górę. I przez drogę przebiegł mi waran! Próbowała mu zrobić zdjęcie, ale szybciutko skrył się w krzaczorach. A mnie otrąbił samochód pracowników wyspy, gdyż zaaferowana obecnością warana zaparkowałam rower na samiuśkim środku drogi. Zorientowałam się również, że jechałam po złej stronie, bo w Singapurze ruch jest lewostronny.



Chek Jawa zwiedza się pieszo. Na początku przespacerowałam się takim oto mostkiem. Kiedy jest odpływ można podobno obserwować niezliczone ilości różnistych organizmów wodnych - jak krabiwka, rozgwiazdy i strzykwy. Niestety ja się zjawiłam w czasie przypływu i nie zobaczyłam absolutnie niczego. Wszystkie morskie istotki skryły się głęboko w wodzie. Nie ukrywam, że z tego powodu było mi nieco przykro, bo nie ukrywam, że chciałam sobie pooglądać różne kolorowe stworzonka... ale spacer i tak był przyjemny.


Potem przeszłam jeszcze przez drogę na bagnie. Bardzo zadbane to bagno - jak to w Singapurze. Podobno też można tam obserwować żyjątka, ale oczywiście nie widziałam nic. Na końcu kładki była wieża widokowa. Wlazłam ponad palmy i namorzyny. Całkiem zacnie. Ale znów miałam wrażenie, że ta dżungla z góry jakaś taka mało dzika, jakby ktoś ją tam zasadził.


Dojrzałam również kilka tabliczek "Cmentarz Muzłumański". Wytężałam wzrok i za cholerę nie mogłam się tego cmentarza doszukać. W  końcu, po mozolnym rozglądaniu się zobaczyłam te oto kilka nagrobków (czy też pomniczków?). Pozostała część cmentarza (który zajmował na mapie dość spory obszar) zostały prawdopodobnie zniszczona. A może to cmentarz-widmo?


Po opuszczeniu Chek Jawa powałęsałam się jeszcze nieco po wyspie. Zeżarłam solidnie przepłacony obiad, który był zdecydowanie taki sobie. Po raz kolejny złamało mi to serduszko, gdyż szykowałam się na nie wiadomo jak cudne doznania kulinarne, a tu dupa. Widoki na szczęście mi wynagrodziły te smuteczki. Wspięłam się na niewielkie wzgórze (oczywiście w sandałkach, a jak!).


Odwiedziłam jeszcze górkę motyli (i motyle rzeczywiście widziałam, było tam ich duuuużo). Odpuściłam dalsze jeżdżenie dopiero przy dróżce z kamieniami, która wiodła pod górę. Wiedziałam, że tylko bym się solidnie nawkurzała pedałując pod górę telepiąc zadem, zdecydowałam zatem o końcu wycieczki. W drodze powrotnej dojrzałam żurawie!


Po przeprawie promowej postanowiłam jeszcze na koniec dnia zwiedzić Chinatown. Dotarłam tam autobusem (miałam ogromne szczęście, trafiłam na taki, który bezpośrednio z portu tam jechał). Autobus bardzo długo jechał koło więzienia. Jakie to jest ogromne! Jechał i jechał i jechał... wydawało mi się, że całą populację Singapuru można by tam bez problemu upchnąć.


Jak już dotarłam do Chinatown (które wygląda dokładnie tak, jak każde inne Chinatown w azjatyckich miastach, tyle że nie było aż tak strasznego ścisku jak w KL, czy Yangon) rzuciło mi się w oczy coś wspaniałego - FESTIWAL ŻARCIA. Na jednej ulicy było zorganizowane takie oto zacne wydarzenie. Jadłam więc. Było smacznie, nie zawiodłam się tym razem.


Do mojego wspaniałego hostelu wróciłam również autobusem (tym razem udało mi się pomylić przystanki i musiałam trochę drałować na piechotę - w końcu coś się nie udało!;). Strasznie mnie zadziwiła sprawna komunikacja miejsca w Singapurze. Żyjąc w Sangkhla i w Sajgonie właściwie zapomniałam, że coś takiego istnieje. A tu istnieje i bardzo fajnie funkcjonuje. Kolejnego dnia przekonałam się jednak, że bywa irytująco, bo w Singapurze jednak zdarzają się korki... Ale o tym następnym razem.

4 komentarze: