piątek, 14 kwietnia 2017

Singapur #3

Będąc w Singapurze nie mogłabym oczywiście odpuścić sobie plaży. Ostatniego dnia wycieczki, już z bagażem (którym był malutki plecak, toć wyjechałam na jedynie 3 dni) wybrałam się na wyspę Sentosa. Dojazd nie był tak łatwiutki, jak w dniach poprzednich. Najpierw autobus kręcił się w te i wewte (mam wrażenie, że zrobił kółko wokoło stacji metra), a gdy dojechał na Sentosę zatrzymał się w podziemiach jakiegoś ogromnego centrum handlowego. Tam musiałam przesiąść się na inny autobus jadący do plaży. Był on, co mnie zaskoczyło - darmowy. Ale niestety utknął w solidnym korku. Miałam wrażenie, że szybciej bym dreptała na piechotę.


Jak już dotarłam pierwszym mym celem była wysepka Palawan i plaża o tej samej nazwie. Na wyspę trzeba było przejść przez taki oto wiszący most. Bardzo mi się on podobał. I to by było na tyle z rzeczy, które mi się podobały. Wyspa i plaża są w całości stworzone ludzką ręką, sprawają wrażenie niesamowitej sztuczności.


Piasek żółciutki, nie ma w nim ani jednej muszelki, kamyczka, nic. Tak czyściutki, że to aż nierealne. Jakby go ktoś przez sitko przesiewał. W wodzie też nie ma ani rybek, czy ślimaków, ani glonów. Jedyny plus jest taki, że nie ma również śmieci wyrzucanych na brzeg. Jest bardzo, bardzo czysto. Da się za to zauważyć worki z piaskiem i sztuczną trawę. To już była dla mnie sroga przesada.


Wykąpać jednak się musiałam - choć było to dziwne doznanie na takiej odpicowanej plaży. Trochę się wygłupiałam w wodzie próbując robić jogowe asany. Niektóre zdecydowanie łatwiej wykonać, bo woda wypycha na powierzchnię i nie trzeba walczyć z ciężarem ciała, ale niektóre są niemożliwe do zrobienia, bo można by się utopić. 


Po wylezieniu z wody opuściłam świecącą, jak psu jajca plażę i udałam się do jadłodajni u Hindusa. Szybciutko odwiedziłam jeszcze plażę Siloso (wyglądała bardzo podobnie) i to była już pora na opuszczenie Sentosy. Zdecydowałam się pojechać wyciągiem, gdyż obawiałam się, że korzystając z autobusu stracę zbyt wiele czasu i nie zdążę na samolot.


Wyciąg kosztował straszliwie dużo pieniążka, a do tego zaczęło lać. Szczęśliwie ulewa trwała tylko z 15 minut, ale na krzesełkach typu tych w Szczyrku tyłek mocno się umoczył. Dalszy odcinek był już obsługiwany przez kolejkę - gondolę. Chciałam dotrzeć tylko do portu, ale przez pomyłkę zakupiłam bilet aż na samą górę Faber (całe 105 m n.p.m.). Jak już miałam ten bilet, to skorzystałam i wjechałam na szczyt, ale szczerze mówiąc - nie było tam nic nadzwyczajnego.


Widok z gondolki był całkiem całkiem, chociaż do opadu szczeny mnie nie doprowadził. Jednym słowem - mocno przepłacona atrakcja. Gdybym wiedziała wcześniej, że na Sentosę kursuje szynobus (dojrzałam go dopiero z okna kolejki) to uniknęłabym i korka w autobusie i wydania nadmiernej ilości pieniążka. 


I to tak naprawdę koniec. Po opuszczeniu wyciągu (musiałam wrócić nim do portu, aby przesiąść się na metro) pojechałam na lotnisko. Tutaj za to ogromny plus - Changi jest najprzyjemniejszym lotniskiem, na jakim miałam okazję być. Bardzo przejrzycie oznakowane, że człowiek nie kręci się po nim, jak gówno w przerębli, eleganckie i mają niezłe jedzenie. Już jestem ciekawa jak w porównaniu z Changi wypadnie lotnisko w Pekinie za kilka dni.

4 komentarze:

  1. ale pięknie, dzięki za cudowną wycieczkę :)
    baw się dobrze w Pekinie

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję!:)
    cieszę się, że się podobało!

    OdpowiedzUsuń
  3. No przyznam, ze odkrylam zupelnie inny Singapur niz ten, ktory sama poznalam. dzieki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. małe państewko, a jednak wiele można w nim odkryć :) ja jestem ciekawa Twojej obszerniejszej relacji :)

      Usuń