środa, 14 czerwca 2017

W góry na motórze - Nui Ba Den

Niedawno wybrałam się na wycieczkę na Nui Ba Den, czyli Black Virgin Mountain. Góra znajduje się nieco ponad 100 km od Sajgonu. Umówiłyśmy się z koleżanką, zapakowałyśmy, co potrzeba do plecaków... i w drogę! Najgłupszym pomysłem na świecie jest, kiedy to ja planuję trasę (a jakoś tak wypada, że zwykle podczas wypraw ze znajomymi to mi przypada to zadanie). To się nie może dobrze skończyć. Nie skończyło się dobrze i tym razem. Mimo, iż ponad połowę drogi znałam doskonale nie obyło się bez małych sprzeczek z koleżanką.


Wietnamczycy niestety nie mają pojęcia o jeżdżeniu w grupie. I tak towarzyszka ma uznawała bez ostrzeżenia, że wyprzedzi sobie mnie i bez wiedzy, że zaraz trzeba będzie skręcić nagle gdzieś jechała za daleko i musiała wracać - oczywiście pod prąd; czy też typowo po wietnamsku przejeżdżała na czerwonym świetle i pruła przed siebie (nie wiedząc gdzie). Zostało to jednak dość szybko ukrócone przez moje iście trollowe warknięcia. No i było całkiem nieźle. Póki nie zatrzymałyśmy się na spożycie pho.


W przydrożnej knajpce zapoznawałam się z mapą i dalszą drogą i wpadłam na (jak mi się wtedy wydawało) genialny pomysł. Że nadłożymy drogi i pojedziemy koło jeziora i widok na pewno będzie wspaniały. Nie był. Droga była dziurawa. Dziury wypełnione błotem i gruzem. Dupa aż bolała od podskakiwania na siedzeniu. A jeziora jak nie było, tak ni ma nadal! Wtedy wymyśliłam coś jeszcze gorszego. Na prawo od nas była górka, więc uznałam, że jak na tę górkę wjedziemy, to pewnie będzie coś widać, a i droga będzie lepsza, bo gorsza być już nie może. Była gorsza. Dziura na dziurze. A do tego pasały się tam krowy. Tyle dobrego, że ujrzałyśmy jezioro. Jazda między krowami jednak nie widziała mi się i postanowiłam, że trzeba nam zjeżdżać na dół. Koleżanka bała się zjechać swoją popierdółą po błocie i kamieniach. Wyszukałam więc jako-takie miejsce nieco dalej, na które ona przystała. Zjechałam. Jej nie ma. Nie na, nie ma i nie ma. Postanowiłam wrócić pieszo pod górę pełna przeczuć, że potrzebuje ona pomocy. I moje przeczucia były słuszne. Towarzyszka ma zsiadła w przypływie paniki z motoryny w najgorszym do tego miejscu, a ona zapadła się w grząskie błoto i nie szło jej wyjąć. Powiedziałam więc, że wsiądę i zjadę, ale nie było to proste, bo ilekroć chciałam podejść i przejąć ją od trzęsącej się kumpeli, to tylko pogarszało sytuację. Uratował nam zad wchodzący na górkę pan, który wspólnymi siłami ze mną wywlókł jednoślad z błocka. Dalej droga była już całkiem znośna. Tylko kupę czasu straciłyśmy przez mój niefortunny pomysł z jeziorem.


Ale cóż było robić - trzeba nam wszak iść pod górę. Pierwszy odcinek drogi mi się nie podobał. Były to około 1.5-2 kilometrowe schody prowadzące do świątyni. Schodów w górach nie cierpię, jak zarazy. W dodatku lało strasznie i co chwilę robiłyśmy przystanki, żeby się schronić przed tropikalną ulewą. Do świątyni dotarłyśmy dosyć późno. Ale według moich obliczeń było jeszcze wystarczająco czasu, aby dotrzeć na szczyt, gdzie chciałyśmy zanocować. Trzeba było jeszcze wypożyczyć namiot, a koleżanka była pewna, że da się to uczynić po drodze w jednej z chałup miejscowych ludzi.
Po minięciu chatki (która znajdowała się już za końcem durnych schodów, które ciągnęły się jeszcze hen za świątynie), gdzie namiotu dalej ani widu, ani słychu zaczęły się kamienie. W końcu rozchmurzyłam się, bo droga była jak należy. Dość trudna i trzeba było się nawet łapami podciągać. 


Co mi się nie podobało - leżące wszędzie śmieci. Wietnamscy turyści chyba cały czas muszą coś przeżuwać, a opakowania wywalają pod siebie w miejscu, w którym swoje przysmaczki odpieczętowali. Buractwo niesłychane. Ale nic na to nie mogłam poradzić, tylko piąć się w górę, ażeby dotrzeć do celu przed zmrokiem. Wdrapywanie się po nieznanych, śliskich kamieniach nie byłoby przyjemne po ciemku. Niestety jednak górska aura nie była łaskawa i rozpętała się burza. Miałyśmy na tyle szczęścia, że w chwili, gdy lunęło wypatrzyłam niewielką jamę. Wpełzłyśmy pod kamień, aby tam przeczekać ulewę. Czekałyśmy długo. Na tyle długo, że z deszczu potworzyły się strumyki spływające z kamienia na mnie i mój plecak. Zrobiło się zimno. Zeżarłyśmy trochę, a ja naciągnęłam na siebie kurtkę. Kiedy zrobiło się ciemno uznałam, że nie ma sensu iść wyżej. Odwrót był konieczny, gdyż przestałam wierzyć w zapewnienia koleżanki o ludziach wynajmujących namioty (i bardzo słusznie, jak się przekonałam potem), a spać mokra zamiaru nie miałam. Ku mojemu wnerwowi i rozpaczy koleżanka zapomniała latarki, a moja czołówka rozładowywać się zaczęła. Szłam więc powoli w dół klnąc pod nosem, a drogę wskazywały mi wszechobecne śmieci leżące na szlaku...  Przy złażeniu z co  gorszych kamieni brałam kumpelę na ręce.


Po niekończącej się drodze dojrzałam światło! To chatka,którą wcześniej widziałyśmy! Pan góral, czy też buszmen tam żyjący zgodził się abyśmy przespały się u niego na hamaku za drobną opłatą w wysokości 10.000 dongów (to mniej niż 2 złote! - najtańszy nocleg mego życia). W jego wiacie (bez ścian, tylko pale z metalowym zadaszeniem) poczułam się przyjemnie. Zrobiłam sobie herbatkę... deszcz bębnił o dach, a komary nawet nie cięły. Zaskoczył mnie kibelek, którym były obciągnięte brezentem 4 paliki, a sisi robiło się prosto na ziemię. Na dwójeczkę można tylko do dżungli!
Spać musiałam niestety pod nieco mokrym śpiworem, ale i tak było względnie przyjemnie. Gorzej miała koleżanka,która pożyczyła plecak "ze śpiworem". Śpiwór okazał się jednak hamakiem. Spała więc w hamaku przykryta drugim hamakiem. Cóż, za nieuwagę się płaci...


Poranek niestety nie był przyjemny. Obudziłam się ze srogim bluzgiem na ustach, gdyż ze snu wyrwało mnie ryczące wniebogłosy wietnamskie biciwo w stylu disco-polo. Była godzina 5.45. Nasz gospodarz postanowił sobie umilić poranek. Humor miałam przez to wysoce paskudny. Ale nie pozostało nic innego, jak pochłonąć śniadanie (pan nam zrobił zupkę z torebki) i ruszyć w górę. Za dnia było już przyjemnie piąć się po kamieniach. Nie lało. No chyba, że liczyć lejący się pot, który wystąpił u mnie w takiej ilości, że aż wykręcałam sobie włosy.


I tak po jakichś 600m w pionie dotarłyśmy na szczyt. Jeszcze nie widziałam w życiu żadnego innego szczytu, który byłby tak niesamowicie... zaśmiecony. Wysypisko istne. Nie bardzo chciałam nawet się tam zatrzymywać, bo od kupy dziadostwa capiło i latało tam mnóstwo much. Zjadłyśmy nasz prowiant nieco pod szczytem (w okolicy akceptowanie czystszej) i ruszyłyśmy w dół. Tutaj poszło już bez przeszkód. Minęłyśmy tylko jednego człowieka w japonkach (doprawdy, podziw, że on się nie zabił, bo niektóre miejsca są na tyle trudne, że są zabezpieczone ferratą), a odcinek ze schodami pokonałyśmy wyciągiem. Powrót do Sajgonu też nie przysporzył większych problemów, bo poszłam po rozum do głowy i wynalazłam lepszą drogę.


Tylko stała się jedna smutna rzecz, którą odkryłam już w domu. W chatce, gdzie nocowałam pozostawiłam swoją rozładowaną czołówkę. Koniec wspólnych podróży po świecie, oświetlania mi drogi w górach i na wspinach, czy też służenia mi za lampę chirurgiczną. Może przynajmniej pan z buszu zrobi z niej dobry użytek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz