czwartek, 1 czerwca 2017

Pekin

Muszę powiedzieć, że wcale nie byłam szczęśliwa lecąc do Pekinu. Raz, że jeszcze mi było mało i Polski i Szwajcarii i opuszczałam Europę z takim ogromnym niedosytem, że się w głowie nie mieści... A dwa, że się ciut pochorowałam. Alpejskie wiatry i śniegi dały mi popalić i na lotnisko jechałam z bólem łba, gardła i glutem u nosa.


Wylądowałam przed czasem - około 4.30 rano. Ciężko było wstać (choć miałam to szczęście, że lot był bardzo spokojny, a nikt koło mnie nie siedział, więc mogłam spokojnie spać), ale wyjścia nie było. Szybciutko przebyłam wszelkie formalności i udałam się na pociąg. Musiałam niestety czekać z 40 minut do pierwszego odjazdu, który był o 6.20.


Metro ogarnęłam rewelacyjnie. Bez problemu dało się nabyć bilety i zorientować się w stacjach. I nawet nie było bardzo tłoczno (a tego szczerze mówiąc się bałam). Tylko zadziwiły mnie migające hologramy (czy pierun wie, co to właściwie było!) na drzwiach. Można od tego dostać padaczki. Na szczęście nie mam takich skłonności i do celu, którym był Summer Palace dotarłam szybciutko i sprawnie.


Chociaż było jeszcze przed 8 rano na miejscu napotkałam sporo osób. Tam przynajmniej myślałam, bo potem okazało się, że ta ilość, to było NIC. Przy samym wejściu grupa starszych kobiet ćwiczyła aerobik (czy coś w tym stylu) przy muzyce. Całkiem ciekawe to widowisko. W Wietnamie w życiu nie widziałam, żeby ktoś ćwiczył cokolwiek, do tego na świeżym powietrzu i bez każdego możliwego kawałeczka skóry osłoniętego ubraniem. Także proszę, Chińczycy jednak różnią się od Wietnamczyków!


Poobserwowałam trochę tę niecodzienną gimnastykę, po czym kontynuowałam swój spacer. Pomimo okropnego samopoczucia (przeziębienie się nasiliło) było bardzo przyjemnie. Alejki wiodły w górę i w dół prowadząc do intrygujących budynków. W końcu, gdzieś po 3 godzinach łażenia zeszłam nad jezioro. I to wtedy zrobiło się naprawdę tłoczno. Ludzie wylewali się zewsząd. Zawsze myślałam, że w Sajgonie jest tłok, ale tam, to było coś więcej niż tłok. To było apogeum tłumu. Jeszcze nigdy chyba nie widziałam takiej ilości ludzi na raz. Zamurowało mnie. I poczułam, że to czas, aby się ewakuować stamtąd. Ruszyłam zatem ku wyjściu przedzierając się przez dzikie tłumy.


Z żalem opuściłam Summer Palace, bo było tam bardzo ładnie i chętnie bym jeszcze została. Ale ciśnięcie się między ludźmi dało mi popalić. Zachciało mi się też jeść, więc weszłam do pierwszej lepszej knajpy. Zamówiłam coś, co mi dobrze wyglądało. A do popicia dostałam... wrzątek. Na migi udało mi się go zamienić na herbatę. Łatwo jednak nie było. Żarcie niestety po raz kolejny nie podbiło mego serca. Złe nie było (warzywa i grzyby z sosem), ale oczekiwałam chyba jakichś kulinarnych uniesień, których niestety nie otrzymałam.


Z pełnym brzusiem ruszyłam ku Temple of Heaven. Niestety tak się stało, że pomyliłam przystanki (podobnie mi brzmiały) i dojechałam do Forbidden City. Uznałam, że czemu nie - może być i to. Niestety przez przypadek wlazłam w złe miejsce (sama nie wiem gdzie) i trochę musiałam krążyć zanim dotarłam do wejścia. Tłum nawet nie był taki kolosalny, jak w Summer Palace. Odetchnęłam z ulgą i weszłam.


Niestety Forbidden City specjalnie mnie nie urzekło. Plus był taki, że mogłam spokojnie iść i nikt na mnie się nie wpychał. Ale im dalej szłam w głąb, tym bardziej wszystko mi się zlewało w jedno. Może to przez ból głowy, senność i chyba gorączkę. W pewnym momencie miałam wrażenie, że łażę w kółko. Wszystkie budynki wyglądały mi jednako, tak jak na poniższym zdjęciu:


I tak, to wcale nie aż tak wielu ludzi. W Summer Palace było ciaśniej (znalazłam tam informację, że poprzedniego dnia odwiedziło je 30.000 turystów - a to był środek tygodnia, aż strach myśleć, co dzieje się w weekend!). Po niemrawym spacerku uznałam, że koniec tego i ruszam do wyjścia. Miałam problem z odszukaniem go. Potem metro i... czułam się tak kaprawo, że odpuściłam Temple of Heaven i po prostu pojechałam na lotnisko, żeby tam sobie zalegnąć. 


Szczęście me wielkie, że były tam takie wygodne leżanki, akurat przy mojej bramce, więc przez kilka godzin po prostu taka skapcaniała leżałam i czekałam na śmierć samolot. I koniec końców poleciałam z powrotem do mojego wietnamskiego domu. Nie bez żalu, bo chciałabym jeszcze z miesiąc pobyć w Europie, no ale... jeśli jest niedosyt i żal wyjeżdżać, to znaczy, że było warto przyjechać. 


Na miejscu, w Sajgonie - cóż, codzienność. Na lotnisku kierowca taksówki próbował mnie oszukać podając prawie czterokrotną cenę przejazdu. Chyba stracił twarz, gdy wyjaśniłam mu, że w Wietnamie mieszkam od 1.5 roku i ceny znał. Zawiózł mnie za cenę normalną, zaproponowaną przeze mnie.
I znów jestem tutaj. Znów przyjdzie tęsknić, a jednocześnie cieszyć się z tego, do daje tu i teraz.
I już planuję kolejną podróż...

2 komentarze:

  1. Pięknie! Ach Ci taksówkarze, jak się nie upomnisz to zedrą jak najwięcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj zedrą.. dlatego wolę używać Ubera, ale niestety akurat wtedy aplikacja się zawiesiła,a nie miałam nerwów czekać, aż jej się zachce działać ;)

      Usuń