czwartek, 15 czerwca 2017

Powrót w Alpy

Od kiedy opuściłam Szwajcarię pozostał we mnie pewien rodzaj pustki. Nie mogłam już wskoczyć do pociągu i po 2-3 godzinach drogi znaleźć się w ukochanych Alpach. Nie mogłam ich podziwiać spacerując berneńskimi ulicami. Sroga to tęsknota, która trzyma się po dziś dzień. Miałam na tyle szczęścia, że kiedy już zwłóczyłam swój zad do Europy, to kolega zamieszkujący Zurych zaprosił mnie w odwiedziny. Jakżebym mogła odmówić! I jakże moglibyśmy nie pójść z tej okazji w Alpy!


Najpierw jednak musiałam do Szwajcarii dotrzeć. Co nie mogło obyć się bez kompromitacji mej osoby. Na wrocławskim lotnisku przy kontroli bezpieczeństwa celnik oświadczył mi, że mam w plecaku nóż. Nie no, jak. Skąd nóż? Jeszcze zmysłów nie postradałam... ale rady nie było - celnik widział, co widział. Rozpoczęło się wybebeszanie plecaka. No i faktycznie. Mym oczom ukazał się wielki nóż w kaburze w kieszeni z tyłu plecaka. Do tego kilka innych gratów, których nie rozpoznałam, typu 10 metrów sznurka. No tak... Plecak, niegdyś mój przeszedł na własność ojca. A ja pożyczyłam go, bo nie chciałam targać wielkiego 65-litrowego jako bagaż podręczny. Wstyd i sromota. Celnik widział moją zadziwioną minę i nawet zaproponował, że nóż przechowa, tylko, że ja niestety już do Wrocławia nie wracałam. Mam nadzieję, że sobie go zachował, a nie wywalił. Bo dobry był to nóż.


Dalsza podróż odbyła się w sposób bezproblemowy. Kiedy już stanęłam na szwajcarskiej ziemi koniecznie musiałam zeżreć precla. A potem fondue. Następnie napiłam się wody z fontanny. Gdyby tak wypić wodę z fontanny w Wietnamie, to człowiek by chyba przez miesiąc nie opuścił wychodka! Możliwe, że nigdy by z niego nie wyszedł żywy.


Kiedy nad jeziorem Zuryskim dostrzegłam Alpy na horyzoncie serducho zabiło mi, jak na widok dawno niewidzianego kochanka. Albo i bardziej. Trzeba było tylko rozplanować co i jak i już następnego dnia właśnie tam mieliśmy być - w jednych z moich najukochańszych gór! Wybór padł na region Ebenalp. Znajduje się tam jedno z najpiękniejszych schronisk górskich na świecie - Äscher Wildkirchli. Ku mojemu wielkiemu rozradowaniu zostało właśnie otwarte (kilka dni temu na stronie internetowej widniała jeszcze informacja, że jest nieczynne). Zakupiliśmy, co trzeba, obczailiśmy dojazd i następnego ranka już byliśmy w pociągu. Oczywiście tam popełniam kolejną gafę. Bilety nasze oraz Halbtaxa kolegi - Asasza (pozdrowienia! :) trzymałam w kieszeni portek.


I jak przyszedł kontroler, to zorientowałam się, że ich NIE MA. Bilet mój zlokalizowałam pomiędzy siedzeniem, a ścianą pociągu. Udało mi się wyjąć też drugi. Ale Halbtaxa jak nie było, tak nie było! Kontroler odpuścił, ale jakoś musieliśmy wydobyć tę pieruńską kartę, a jej nawet nie było widać. Pociąg jechał do Niemiec, a my musieliśmy już za chwilę wysiąść w Gossau, aby przesiąść się. Pasażerka przejęta naszym dramatem zaproponowała, że zadzwoni do obsługi SBB. Wysiadła na swojej stacji i widziałam, że już trzyma w ręku telefon. Ale ja nie chciałam się poddać, wszak wstyd byłby porzucić Halbtaxa i to nie swojego. W przypływie desperacji wzięłam leżącą koło siedzenia gazetę i spróbowałam tę cholerną kartę wymieść z dziury. I... udało się. Zaraz, przed samiutkim Gossau. Odzyskując dobry humor przesiedliśmy się na drugi pociąg do Wasserauen. On po kilku stacjach jednak zatrzymał się (remont torów, czy inne naprawy) i odesłano nas do autobusu. Widoki coraz lepsze. Minęliśmy Appenzell i po chwili staliśmy już w Wasserauen, przy kolejce na Ebenalp.


Zamierzaliśmy wjechać na Ebenalp, ulokować rzeczy w schronisku, a potem na lekko udać się wyżej. A tu... dupa. Wyciąg zamknięty z powodu silnego wiatru! Zaklęłam soczyście pod nosem. Poprzedniego dnia wyciąg działał (przynajmniej według internetów). Nie pozostało nic innego, jak zmienić plan. Pieszo ruszyliśmy w stronę Seealpsee. Po drodze nawiązałam konwersację ze Szwajcarką prowadzącą psa. Odświeżałam mój zardzewiały niemiecki. I tak tłumaczyłam jej, że w Wietnamie psy jedzą.


Nie mogła się nadziwić - czy nie mają co innego do jedzenia, czy taka bieda? Nie, oni po prostu je lubią... Ciężko jej było uwierzyć. Za to ona uświadomiła nas o jednej ważnej rzeczy - że jest obecnie pieruńsko lawiniasto w wyższych partiach. A więc dobrze się złożyło, że wyciąg nie działał, bo ukiślibyśmy chyba w tym schronisku na gorze. A tak czekał nas cały dzień łażenia tu i tam. Rozstaliśmy się przy schronisku Seealpsee. Pani poszła do chatki swojego wujka, szwagra, czy kogoś (nie pamiętam), a my do schroniska.


Po doładowaniu akumulatora zrobiliśmy pętlę wkoło jeziora. Jakże tam było pięknie! Ale do miejsca najpiękniejszego czekało nas jeszcze sporo drogi w górę. Była ona jednakże ładna i przyjemna, więc szło się bardzo zacnie. No, tylko trochę złorzeczyłam na leżący tu i ówdzie na szlaku śnieg. Ale co tam śnieg. Mogłabym i przez morze błota pośniegowego przebrnąć, aby zobaczyć TEN widok. Kiedy dotarliśmy do Äscher niemalże musiałam zbierać żuchwę z ziemi. Schronisko w skale robi wrażenie tak niesamowite, że aż opisać się nie da. I góry dookoła. To wszystko razem - CUDO. Zamówiliśmy sobie browara i przepyszne Rösti z kiełbą. Czy mogłoby być lepiej? NIE. Zdecydowanie byliśmy w jednym z najbardziej urokliwych miejsc, jakie dane mi było odwiedzić.


Nie był to jednak koniec wędrówki, bo w Äscher można się tylko zamówić jadło i napitek, ale niestety nie ma tam noclegów w ofercie. Ruszyliśmy więc w górę, do schroniska Ebenalp. Przeszliśmy krótszą drogą, przez jaskinię. W chacie przywitała nas pani, która z początku była średnio miła, ale zupełnie zmieniła nastawienia do nas, kiedy zaczęłam gadać po niemiecku (wcześniej używaliśmy angielskiego, bo uznałam, że łatwiej, jak każdy rozumie i nie muszę tłumaczyć, ale jak widać łatwiej nie znaczy lepiej). Po zostawieniu bagażu i rozlokowaniu się w pokoju chcieliśmy pójść dalej. Wiatr jednak duł, jak szalony, do tego mnóstwo śniega pokrywało wyższe partie gór (faktycznie wyglądało na spore zagrożenie lawinami). Wróciliśmy więc na kolację. Zrobiła nam miła pani nawet grzane winko, choć go nie było w ofercie.


Z rana dnia następnego przy śniadaniu obserwowałam przez okno schroniska ganiające się kozice. Jakże piękne było światło... Ale prognoza pogody nie była niestety obiecująca. Zadecydowaliśmy, że złazimy na dół (zatrzymując się po drodze oczywiście w Äscher jeszcze raz) i zależnie od pogody albo pojedziemy na ser w Appenzell, albo wjedziemy kolejką na Hoher Kasten.


Wygrała opcja numer dwa. Kolejka na szczęście była czynna. No i mieliśmy idealne wyczucie czasu. Zaraz po odbyciu spacerku na szczycie i cyknięciu uroczych foć rozpoczęła się ulewa. A my raczyliśmy się przepysznym żarciem i piwem pszenicznym w knajpie. Na dół zjechaliśmy ostatnim kursem wyciągu, jako jedyni ubabrani błotem i ewidentnie wracający z gór. Dziwnie na nas zerkała cała reszta pasażerów...


Do Zurychu wróciliśmy już bez większych przygód. A na następny dzień była już zaplanowana wycieczka na zuryską górę - Üetliberg.

2 komentarze: