sobota, 17 czerwca 2017

Üetliberg

Ojjj jak ciężko było wstać rano. Po powrocie z Alp wszystko bolało. Zakwas na zakwasie. Ale nie było wyjścia. Trzeba było rozprostować kończyny, ruszyć zastane kości i znowu... zasuwać pod górę. Zupełnie szczerze mówiąc - chyba dałam sobie spokój, gdyby nie to, że wyjście na Üetliberg zostało już zaplanowane z koleżanką z Klubu Polki na Obczyźnie - Gosią. Trudno było przebierać nogami nawet w drodze do tramwaju. W końcu spotkaliśmy się wszyscy we trójkę na pętli, nieopodal której rozpoczyna się szlak na Üetliberg i ruszyliśmy po górę.

Z Gosią na szczycie.

Szlak na całe szczęście był dokładnie przystosowany do możliwości człowieka na poziomie mocno geriatrycznym i tak powoli i spokojnie dotarliśmy na wierzchołek. Pogoda była całkiem zacna i widok wokoło całkiem cacy. Nie wybrałam się na wieżę widokową, bo jest zbudowana z tych okropnych metalowych krat, których się boję. To jest zawsze moja ogromna trauma, kiedy mam na to wejść. A że jeszcze kosztowało to hajs - dałam sobie siana. Zdecydowaliśmy się na najlepszy w przypadku zakwasów typ zwiedzania, czyli browarny. Wypilim browara w jednej chałupce na szczycie, a potem w drugiej, nieco poniżej, która była przy stacji kolejowej.


Na dół zdecydowaliśmy się zjechać już pociągiem. Obolałe kończyny były w stanie poruszać się pod górę, ale schodzenie w dół byłoby zdecydowanie powyżej wszelkich możliwości. A i czas naglił, bo na dole mieliśmy się spotkać na obiedzie z kolejną koleżanką - Agnieszką (którą znam już tyle, że nawet najstarsi górale nie pamiętają, ile;) i jej chłopakiem. Ja na obiadek bardzo, ale to bardzo uparłam się na raclette. Bo jakby to być mogło, żeby nie zeżreć tegoż pysznego sera przy wizycie w Szwajcarii.

W komplecie z Gosią i Agnieszką.

Z braku innego pomysłu udaliśmy się do miejsca, gdzie kilka dni wcześniej spożywałam wyborne fondue. I raclette nas nie zawiódł. Był pyszny. A do tego kelnerka była Słowaczką, więc całkiem zabawnie nam się gadało. Po napełnieniu brzusiów zostało jeszcze ciut czasu, więc odwiedziliśmy kolejną knajpkę, która była całkiem przyjemna. No i wtedy niestety nadszedł już czas, kiedy musiałam zbierać się, bo wieczorem czekał na mnie lot powrotny.


Samolot dosyć mocno się spóźnił i we Frankfurcie musiałam bardzo gonić, żeby zdążyć na swoją przesiadkę. Bieganie po olbrzymim lotnisku z jeszcze bardziej olbrzymimi zakwasami nie należy do moich ulubionych rozrywek. Jakoś na szczęście dałam radę.
Szkoda tylko, że tak niewiele czasu miałam w Szwajcarii. Został mi taki niedosyt... I znów myśli, aby tam wrócić na stałe kiedyś, w przyszłości...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz