sobota, 31 grudnia 2016

Cameron Highlands #3

Trzecie dżunglowe hasanie po Cameron Highlands, czyli Malezyjska Masakra Trującym Bluszczem. Degrengolada. Rozczłonkowanie. Otchłań rozpaczy. Czarna dupa. Kurwa mać, idź pan w chuj. I wiele takich innych. 
Zapraszam na nasz malezyjski horrorek. Radzę zaopatrzyć się w maść ze sterydem, Tiger Balm, a najlepiej jedno i drugie, bo od samego czytania może swędzieć.


Obudziłyśmy się z zakwasami po poprzedniej przeprawie przez błoto. Takimi, że aż bolało, jak człowiek próbował do wychodka poczłapać. Ale cóż poradzić, byłyśmy na Cameron Highlands, trzeba było korzystać z czasu. Postanowiłyśmy, że weźmiemy taksówkę do drugiej filii herbaciarni BOH, tam poczeźniemy, a potem przespacerujemy się łatwym szlakiem nad wodospad.

"doniczka" po drodze na szlak dżunglowy

Cena taksówki spowodowała, że zakwasy jakby trochę mniej bolały i zdecydowałyśmy, że przejdziemy się szlakiem dżunglowym nr 9, a wrócimy trasą obok (9a, 9b - nazwane były różnie). Daleko nie było, a i opisany był jako taki dość przyjazny dla obolałego człowieka. Człapiąc tempem ślimaka bez nogi odnalazłyśmy początek szlaku. I to bez problemu. Pierwszy raz! Na początku były schody w dół, co bolało nad bardzo, ale potem szłyśmy raźno, prostą drogą wyłożoną jakby takimi kafelkami łazienkowymi. Śliskimi oczywiście.


Do wodospadu dotarłyśmy w miarę sprawnie, obczajając również początek szlaku dżunglowego nr 8, który wg opisów był bardzo trudny. Jako, że wczorajszy był tylko "trudny", to aż strach było myśleć, co się tam czai po drodze. Jedno wiemy. Nr 8 rozpoczynał się liną i korzeniami. Z ulgą kontynuowałyśmy podróż "dziewiątką". Nawet lansiarskie Ray Bany leżały opuszczone na murku (jak ulał pasują do motórzenia!).


Miny nam zrzedły kiedy znalazłyśmy się w tym oto miejscu. Żółta tasiemka informowała o 300m trudnego odcinka (jak to było 300m, to jam jest ksiądz!). Zgryzota. Ale cóż było robić, byłyśmy już blisko końca, to wstyd tak zawracać. W końcu szlak miał być jednym z tych łatwiejszych, to przecież tak źle być tam nie mogło. 


Kontynuowanie wędrówki tą trasą okazało się być najgłupszą, najgorszą i najtragiczniejszą w skutkach decyzją tego wyjazdu. Zdjęć mam niewiele, jako, że naprawdę ciężko się szło. Dzień poprzedni to bułka z masłem w porównaniu z TYM. Bardzo wąskie ścieżki zarośnięte przez krzaki, albo brak ścieżek w ogóle. Przełażenie przez zawalone drzewa, tak, że jak człowiek się poślizgnie, to zjedzie hen daleko w dół.


Normalnie miałabym niezły ubaw, ale tamtego dnia (głównie z powodu pieruńskich zakwasów) mnie to przerastało. Czara goryczy przelała się, gdy nagle mnie zaczęło wszystko piec. Głównie na rękach. Z początku myślałam, że mnie jakieś brzydalstwo użarło, ale nie. Wtedy tego jeszcze nie wiedziałam, że to były krzaki.


Wysoce prawdopodobne, że właśnie te krzaki, na zdjęciu powyżej. Chociaż było ich różnych od groma. Drapiąc się i zrzędząc pod nosem brnęłyśmy w coraz to gorszy teren, gdy finalnie dotarłyśmy na górkę, nad farmą owoców i warzyw. Nijak nie było pomysłu, jak z niej zejść, jakoś (nie wiem jak) dało radę.

co rośnie na tym drzewie?

Do plantacji BOH niestety było jeszcze bardzo daleko asfaltową drogą. Zakwasy bolały już za bardzo. Znowu zdecydowałyśmy się złapać stopa. Nie było łatwo, ale udało się i po pięknej drodze wijącej się między herbacianymi polami siedziałyśmy sącząc herbatkę i szamając pyszne ciasto.


Miałyśmy kolejny raz sporo szczęścia, bo jak zamówiłyśmy nasze wiktuały, to znowu zaczął padać deszcz. Kilka minut łapania stopa dłużej, a złapałby nas po drodze. Pod dachem całkiem przyjemnie oglądało się wzgórza spowite mgłą. Na tyle przyjemnie, że siedziałyśmy tam prawie do samego zamknięcia (nie wiedząc o tym oczywiście).  I tylko skóra coraz bardziej niepokojąco piekła w coraz to nowych miejscach.


Wybrałyśmy się jeszcze na punkt widokowy położony tuż nad herbaciarnią męczeńsko powłócząc nogami. Krok po kroku na górę, aż dotarłyśmy. Było pięknie. I spotkałyśmy również parę białasów, z którą dogadaliśmy się na dzielenie taksówki powrotnej do Tanah Rata.


Trochę się zasiedzieliśmy na górze, bo jak zeszliśmy na dół, to już wszystkie taksówki zniknęły. Herbaciarnia zamknięta, to po cóż mieli by tu czekać? Kto by podejrzewał, że białasy jeszcze sobie podziwiają zamglone góry... Tak czy inaczej - byliśmy w  dupie po raz kolejny. Zwłaszcza, że znowu zaczęło lać. Nawet nie było czego złapać na stopa. Nowo poznanemu koledze udało się namówić człowieka, który wiózł swojego klienta do Kuala Lumpur, żeby podrzucił nas do głównej drogi. Tam już byłoby łatwiej o stopa, czy autobus.


I faktycznie, po przebyciu krętej drogi w mini-busiku na przesuwającym się w te i wewte siedzeniu udało nam się złapać autobus w kilka minut. Szybko jednak przestałam się cieszyć, bo mnie zemdliło. Tak strasznie, że aż zaczęłam się ślinić. Jak się okazało - nie tylko mnie, a także Gandzię i jedną z pasażerek - ta sobie radośnie bełtnęła kiedy tylko wysiadła. Na szczęście nie widziałam tego incydentu, bo jak widzę, to robię to samo. 


Pozostało jedno - szukać apteki. Bo wszystko swędziało nas jak diabli, a zaczęły się mi także pojawiać czerwone plamy na skórze. Kupiłam maść ze sterydem i tabletki antyalergiczne. Miałam też tajską maść. Przekonana byłam, że to wystarczy. Niestety - nie. Swędziało gorzej, na rękach i brzuchu wylazła mi koszmarna wysypka. Nie mogłam normalnie mówić, a oczy wyglądały, jakbym już w 100% została Azjatką. Kolega obeznany w krzakach i dżunglach stwierdził, że to najpewniej trujący bluszcz tak mnie załatwił. Jedynym ratunkiem były sterydy, lub szpital (pozdrowienia dla Marty i podziękowania za konsultacje medyczne online:). 


Niestety następnego ranka apteka była zamknięta. Przebyłam więc całą drogę do Penang drapiąc się, jak pies ze świerzbem, złorzecząc skrzeczącym głosem, kaszląc i łypiąc spod przymkniętych oczu. Wyglądałam, jak człowiek z trądem, do tego w kolorze pomidora, a Gandzię też zaczynało swędzieć. Nie będę zamieszczać obleśnych zdjęć:) W dużym skrócie - było tak:


W George Town kupiłam upragniony prednizon. I dopiero wtedy pomogło. Paskudna wysypka zbladła. Sterydy i Tiger Balm pomogły mi jakoś cieszyć się z reszty podróży po Malezji. Ale swędzenie (i okazyjnie pojawiające się wysypki) nie minęło jeszcze długo, długo. Użerałam się z nim nadal nawet po powrocie do Sajgonu. 


Jedno jest pewne i jasne, jak Słońce. Dżungli mam dosyć. Przynajmniej na jakiś czas.

10 komentarzy:

  1. Oj rzeczywiście, swędzi od samego czytania, ale widoków zazdroszczę ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak mi opowiadałaś w skrócie to nie zdawałam sobie sprawy, że to AŻ TAK wyglądało. No ja bym tam za Chiny Ludowe nie polazła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja lubię takie porąbane rzeczy robić :) ale to była przesada przez te bluszcze. ten z poprzedniego dnia natomiast - dobra zabawa.

      Usuń
  3. O rany... najbardziej mnie to zwedzenie przeraża...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj tak, to mi dało popalić. gdyby nie swędzenie to bym aż tak nie klnęła na ten dzień;)

      Usuń
  4. Jesteś hardcorem!Ja tam wolę zdecydowanie miejską dżunglę 😜

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam zatem do mnie do Sajgonu - miejska dżungla wysokich lotów :) Równe wariactwo jak w tej leśnej ;)

      Usuń