czwartek, 12 stycznia 2017

Penang Hill i świątynia Kek Lok Si

Ostatniego dnia w Penang planowałyśmy kolejne hasanie dżunglowe, ale z racji ciągłego swędzenia i ukradzionych butów plan musiał ulec zmianie. Uznałyśmy, że najlepszym wyjściem będzie wjechanie kolejką na Penang Hill, odwiedzenie pobliskiej świątyni Kek Lok Si oraz lekki spacer nad jeziorem przy niej zlokalizowanym.


Dojechałyśmy do kolejki na Penang Hill autobusem (nadal jestem pełna podziwu dla super zorganizowanej komunikacji miejskiej na Penang) i ujrzałyśmy tłumy ludzi. Doszłyśmy dosyć sprawnie do kasy biletowej i wydawało się, że na tym przepychanie się kończy. Otóż nie. Nic bardziej mylnego. Za bramkami dopiero się zaczynało.


Kolejka ciągnęła się i ciągnęła. Końca widać nie było, a wszystko przesuwało się w żółwim tempie. Czekając w ogromnym ukropie minęło nam około 1.5 godziny. Na koniec miałyśmy już srodze dosyć i przeklinałyśmy na siebie, że nie zdecydowałyśmy się podreptać na wzgórze o własnych siłach, bo byłoby to zdecydowanie szybsze i przyjemniejsze.


Jak już udało się dotrzeć na szczyt rzuciłyśmy się na jedzenie (jak zwykle przepyszne) i piwko. Atmsfera w knajpce przypominała mi Kotelnicę Tatrzańską. Tylko malezyjska strawa jest z pewnością lepsza i świeższa, no i w Białe Tatrzańskiej nie szwendają się małpy.


Po łyku browarka od razu zrobiło nam się lepiej. Widok był przyjemny, wybrałyśmy się na spacer, ale niestety nie było zbyt dużego pola do popisu w tym temacie. Mało kto tam w ogóle chodził, turyści wożeni byli w te i wewte elektrycznymi autkami, które zatrzymywały się przy co ciekawszych widokach. Szybko zatem wróciłyśmy na dół. Na szczęście już bez większej mordęgi w kolejce (kupiłyśmy bilet w obie strony i bardzo tego żałowałyśmy z początku, ale nie było tak źle).


Do Kek Lok Si było rzut beretem. I oczywiście co na wejściu? Sklepy, sklepy, sklepy. Całe mnóstwo straganów. Przysięgam, jeszcze tylu straganów na raz w życiu żem nie widziała. Dzikie kłębowiska ze WSZYSTKIM, których w żaden sposób nie dało się ominąć. Przebrnęłyśmy, sama nie wiem jak przez ten dziwaczny targ i dostałyśmy się do świątyni.


Niestety nieco się zawiodłam, bo piękna, majestatyczna świątynia była mocno zaniedbana. Niektóre części wyglądały, jakby zostały porzucone w trakcie remontu. Trochę miałam wrażenie, że inaczej niż w Tajlandii - świątynie tutaj nie są traktowane jako miejsca kultu, a raczej jako maszynka do trzepania hajsu na turystach.


Mnóstwo widziałyśmy takich "kwiatków" jak na zdjęciu powyżej. Drzwi wyglądające, jakby prowadziły do wychodka. I do tego te kafelki. Widział ktoś z Was kafelki z Buddą? Ja po raz pierwszy. Kilka pięter wyglądała jak jedna wielka toaleta.


Obejrzałyśmy wszystko co się dało i nadszedł czas na spacer nad jezioro, Niestety droga do niego była zamknięta, strażnik nie wpuścił nas. Jedno, co nam pozostało to wracać do George Town, co w sumie złym planem nie było z racji swędzenia i dość późnej pory (a jeszcze koniecznie chciałyśmy zdążyć na Fish SPA).


I już po drodze na dół - ciekawostka. Domek dla duchów z petami nadzianymi na kadzidełka. Kto wie, może duchy lubią sobie zakopcić papieroska? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz