wtorek, 4 kwietnia 2017

Singapur #1

Spontanicznie podjęłam decyzję o spędzeniu trzech wolnych dni w Singapurze. Kupiłam bilety, zabookowałam nocleg i poleciałam. Była to pierwsza wycieczka, od dawien dawna, podczas której nie spotkała mnie żadna dziwna/straszna/głupia przygoda. Było po prostu NORMALNIE. Tak aż do bólu normalnie i muszę przyznać, że bardzo mnie to ucieszyło, bo wśród wszystkich perypetii, które ostatnimi czasy przechodziłam właśnie tego mnie brakowało.


Bez żadnych przebojów i złorzeczenia dostałam się na lotnisko (pomimo sporego ruchu). Nie musiałam się spieszyć. Pogawędziłam ze sprzedawcami jedzenia - uczyłam ich, jak powiedzieć po angielsku "kolendra". Bo kolendra świeża jest bardzo, bardzo FUJ i nie chciałam jej w kanapce - oczywiście pokazałam napis po wietnamsku. A tu proszę, chcieli się kształcić! Miło.


Nawet lot się nie spóźnił. A na lotnisku, które było świetnie oznaczone i przyjemne spotkał mnie absolutny szok. Miły urzędnik imigracyjny. Tak, brzmi to, niczym oksymoron. Zawsze byłam przekonana, że żeby zostać urzędnikiem emigracyjnym trzeba przejawiać jakieś wyjątkowo dupkowate cechy, bo inaczej po prostu nie przyjmą do takiej pracy. Otóż nie. Pan w Singapurze, widząc mój paszport powiedział mi "dzień dobry"  - po polsku! I zapytał o trochę innych słówek. Jako, że kolejki nie było nic a nic, to nieco z nim pogawędziłam. Nawet mu na koniec powiedziałam, że był najmilszym urzędnikiem imigracyjnym, jakiego poznałam. Zdziwienie jeszcze długo mi towarzyszyło.


Zbierając żuchwę z ziemi ruszyłam do metra. Nie miałam drobnych pieniędzy, żeby kupić bilet w maszynie i miła pani mi je rozmieniła. Potem poszłam do złej bramki. Inny miły człowiek pokazał mi, gdzie powinnam się kierować. Samo metro nie było ani trochę zatłoczone. Nikt nie charkał, nie rozpychał się. No i było tam czystko. A do tego zapowiadano, który jest właśnie przystanek. Poczułam się, jak w Hannoverskim U-Bahn, a nie jak w Azji. 


Bez najmniejszego problemy wysiadłam na właściwej stacji i dotarłam do hostelu. Zamówiłam po taniości - pokoje kapsułowe. Polega to na tym, że jest duże pomieszczenie i w nim są powstawiane ścianki działowe tworzące małe przestrzenie, gdzie się włazi i tam jest łóżko, kontakt i lampka, a pod łóżkiem szafka na klucz. I tego są dwa piętra. Nie widzi się innych ludzi, ale jest mało miejsca. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć, kiedy bookowałam to miejsca, ale uznałam, że raz kozie śmierć. Nie chciałam wydawać fortuny na hotel.


I co? Było fantastycznie. Faktycznie, maciupko miejsca, ale cicho, elegancko i w ogóle cacy. Hostel ten miał lepszy standard, niż wietnamskie hotele. Wszystko czyste, pachnące i świeciło się, jak psu jaja. Nawet dostałam za darmo 3 karty SIM, ażeby mieć dostęp do internetów 3G poza hostelem. Cuda wianki.


Na pierwszy ogień, po ulokowaniu się w hostelu poszło oczywiście żarcie. Postanowiłam go szukać w dzielnicy Little India, jako że żarcie u Hindusa najlepsze jest. Szybko znalazłam knajpę, wybrałam, co chciałam i wszamałam. Ceny jadła niestety są pierdyliard razy wyższe, niż w Malezji. A i nie jest aż tak smaczne. Znaczy, jest dobre, ale po Malezji spodziewałam się cudów - przyznaję, że do Singapuru w dużej części jechałam się nażreć. No i niestety ciut się zawiodłam. Ale to temat na osobny post w niedalekiej przyszłości.


Poszwędałam się nieco po Little India, gdzie sprzedawano przeróżne hinduskie dewocjonalia, kwiatki, odzienie i biżuterię. Ale było zbyt czysto i spokojnie, by to miejsce mogło naprawdę imitować Indie. No i ten ruch uliczny! Samochody i motocykle grzecznie zatrzymujące się, aby przepuścić pieszych! No coś niesamowitego, powiadam Wam. Nie mogłam się nadziwić, że w Azji Płd.-Wsch. takie sytuacje mają miejsce!


Następnym moim celem były Gardens By The Bay. Dojechałam tam metrem, które po raz kolejny mnie zadziwiło swoją funkcjonalnością. Chwila, moment i już byłam na miejscu. A tam - najprawdziwsze cuda! Ludzie biegali po parku. I to dużo ludzi.


No przysięgam, jeszcze czegoś takiego nie widziałam, żeby ktoś tak po prostu, dla sportu sobie biegał. Wszak w Wietnamie nawet 100 metrów jedzie się motoryną. Przecierając oczy ze zdumienia dotarłam do Super-Drzew. Oczywiście są one sztuczne, ale ustrojone wszelką roślinnością. Wlazłam na mostek rozciągający się pomiędzy nimi. Widok całkiem zacny. Podobało mi się.


Potem pospacerowałam po parku i ruszyłam do kolejnego celu - Singapore Flyer (czyli diabelski młyn). Po drodze przeszłam przez słynny Helix Bridge, czyli jak to ja nazywam - Most DNA. Na samym diabeskim młynie ku mojemu przerażeniu były hordy rodziców z rozwrzeszczanymi pociechami. Jak mogłam próbowałam uniknąć zajęcia kabiny z szalejącymi bachorami, przepuszczałam wszystkich przodem.


I jak już myślałam, że mi się udało, to oczywiście dupa. Do wagonika za mną wsiadły dwie rodzinki i o ile jedna była miła i spokojna, to małe potwory w liczbie sztuk trzech doprowadziły mnie do szału darciem japy i bieganiem w te i wewte potrącając innych podróżujących. Atrakcja całkiem mi się obrzydziła. Choć widoki były bardzo eleganckie, to po pół godziny musiałam w sobie mocno tłumić rządzę mordu i z niemałą ulga wysiadłam z kabiny.


Kiedy wyszłam z młyna zaczęło się ściemniać i idąc przez Most DNA natrafiłam na pokaz świateł w muzeum przy zatoce. Podobało mi się, ale kiedy tylko się skończył ruszyłam z powrotem do barku, gdyż tam podobny pokaz odbywał się na wyżej wspomnianych drzewach. Ciut się spóźniłam i jego część obserwowałam idąc (Super-Drzewa są bez problemu widoczne z daleka). Jak już dotarłam - po raz pierwszy w Singapurze zobaczyłam tłum (i tak się nie da porównać do tłumu w Sajgonie). Sporo ludzi zgromadziło się, by oglądać światła.


Po pokazie wróciłam do hostelu. Tym razem metro było dosyć zatłoczone, ale nie tragicznie. Po drodze zjadłam jeszcze u Chińczyka (znów - drogo i mniej smacznie niż w Malezji, ale nie powinnam narzekać, bo złe nie było). Usatysfakcjonowana bogatym dniem, obfitym w przyjemne wrażenia usadowiłam się w swojej kapsule z radością czekając na atrakcje, które szykowało dla mnie jutro.


Film z pokazu świateł:


6 komentarzy:

  1. Oglądałam ostatnio nową serię "Planeta Ziemia" i w ostatnim odcinku były kadry z Singapuru, właśnie z tego parku w którym byłaś. Cudeńko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filmu nie znam, ale zachęca, skoro było miejsce, które znam :) a jest tam naprawdę super.

      Usuń
  2. Aż dziwnie się tak czyta, że bez żadnych przebojów;) nooo pomijając bachory....też mnie zawsze wnerwiają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no nie? dziwne to, że bez przebojów!
      z bachorami najgorszej, że rodzice nie reagują.. bo była ta jedna spoko rodzinka, która z dziećmi normalnie rozmawiała, pokazywała im co właśnie widać i bez problemu. ale w Azji ze świecą takich szukać. ta druga rodzina - diabły, biegają,wrzeszczą, a rodzice nic. zero zainteresowania. A po pół godziny w zamkniętej kapsule, gdzie ktoś drze japę, to łeb rozsadzić chce...

      Usuń
  3. Nie przestaje mnie zachwycać miejsce w którym żyjesz.A te twoje zdjęcia z tej podróży- normalnie jak jakieś zdjęcia futurystycznych miast.Pięknie , nadzwyczajnie. Zazdroszczę.Dobrze ,że tym razem obyło się bez żadnych przykrych niespodzianek:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) szczerze mówiąc- mnie też to wszystko nie przestaje zachwycać! i w tym jest cała magia :)

      Usuń